Pierwsze pół godziny jest zjawiskowe: postacie deklamują swoje kwestie jak z amatorskiego teatru, ciągi przyczynowo-skutkowe pozbawione są sensu, postacie pojawiają się na ekranie nie wiadomo po co i dlaczego, no i pojawia się też uosobienie władzy absolutnej: Cezary Żak, który masowany przez młodą damę moczy stopy w misce. Siedziałem w kinie z rozdziawioną gębą i nie dowierzałem, co się odpierdala na ekranie.
Potem niestety jest już gorzej, pojawia się coś na kształt dialogów, akcja trochę się zazębia, no i z filmu rozkosznie złego robi się po prostu film nieudolnie zły.
Koterski? Stara się jak umie, dźwiga koronę cierniową przez ekran, ale co z tego, skoro scenarzyści wsadzili go na minę? No i fakt faktem, Koterski jednak nie jest mistrzem świata w okazywaniu emocji. Ale to nie jest największy problem. Problemem jest... tak w sumie to wszystko inne.
Widziałem, jak Raczek przeczołgał Kożuchowską i w sumie mu się nie dziwię: o ile Koterski starał się chociaż jakoś tego Gierka ograć, o tyle Kożuchowska jako Stasia Gierek - mając postać, której głębia sprowadza się do wołania "Edek" albo "Edziu, zupy Ci nagotowałam" lub też bardziej rozbudowane "Edziu, nigdy wcześniej tak długo nie pracowałeś - chyba nawet nie przeczytała scenariusza i zrobiła to tak na odpierdol, jak tylko się dało.
Kolejnym, równie trafionym wyborem castingowym jest Pawlicki jako generał Jaruz... Roztocki: samo ogolenie łba na kształt fryzury Jaruzela nie wystarczy, żeby być Jaruzelem, zwłaszcza gdy to, co widzimy na ekranie wygląda jak kiepski przeciwnik Bonda.
Tak w sumie w tym filmie to prócz powyższej trójki coś ciekawego do zagrania dostali Żak (jako totalnie przerysowany Breżniew wygląda na wyjętego z komiksu) i Więdłocha (tyle że jej wątek w sumie niczego nie wnosi).
Technicznie też mało kto się postarał, co najwyżej panie od kostiumów i scenografii. Nie wiem, dlaczego połowa filmu wygląda jak kręcona rybim okiem, w paru miejscach wypowiedzi aktorów nie są słyszalne, no i ten nieszczęsny montaż, który tak poszatkował film celem jego zdynamizowania, że go do reszty zarżnął.
Najbardziej dupy dali, oczywiście, scenarzyści:
piękna hagiografia ku czci św. Edwarda z Porąbki, który kryształowo kroczył przez świat, tyle że napatoczyli się źli banksterzy do spółki z generałem Roztockim i towarzyszem Maślakiem (bo wiecie, Kania), którzy najpierw wszczęli strajki, a potem otruli Gierka żeby go obalić. Creme de la creme nienawiści do zgniłego zachodu to scena z młodym Balcerowiczem mówiącym, że kilka milionów bezrobotnych to w sumie spoko sprawa. No i te napisy na końcu. Odpadłem.
Bardzo mi się podobało idealne złamanie zasady "show, don't tell" czyli rozmowa dwóch bankierów koło pałacyku tłumacząca widzowi, skąd wzięły się kredyty. Chłopaki podjeżdżają meleksem, ubrani jak do golfa, jeden nawet kij trzyma, ale w sumie w tego golfa grać nie jadą - to byłoby za dużo dla budżetu.
Tak w ogóle scen w plenerze nie ma tu prawie wcale, bowiem budżet prawdopodobnie poszedł na dietę dla Koterskiego: za lotnisko Warszawa-Okęcie robi tu baza wojskowa w Dęblinie (podczas przylotu Breżniewa wita go w sumie kilkanaście osób XD), a potem widzimy scenę, jak Gierek leci do Moskwy wojskowym, śmigłowym dwupłatowcem w barwach moro z lat pięćdziesiątych. Na CGI się nie zdecydowano.
Koniec końców Gierek - zarówno filmowo, jak i pod względem faktów - plasuje się mniej więcej gdzieś na poziomie Smoleńska. Przewiduję sporo Węży.