T-Pain to był jedyny "autotunowiec" którego dało się słuchać. Pierwsze dwie płyty jako 10-13 letni gówniarz katowałem i mi się mega podobały. Paradoxalnie, Faheem najlepiej wypadał na nich jako beatmaker. Instrumentale takiego Buy U A Drank lub Bartendera to był mimo wszystko z producenckiego punktu widzenia solidny poziom. Bez efektu wow czy urywania dupska ale też nie było efektu krwawienia ucha. No, ale T-Pain szybko się wypalił. Po Thre33 Rings to z początku troszkę taka autoparodia, gościu kręcił bekę z faktu że stał się poster boyem samego pluginu Auto-Tune... ale zaraz potem już totalne odcinanie kuponów. W pewnym momencie zaczął na siłę dodawać pseudo-trapową stylistkę do swojej muzy i, no kurde, jego charakterystyczny styl ucierpiał na jakości.
Ostatnio z ciekawości sprawdzałem co tam nowego u T-Paina i widzę lekki powrót do formy, odbicie się od dna. Słuchałem trochę tracków z 'On Top of the Covers', m.inn. tego dziwacznego (pod względem samej decyzji) coveru Black Sabbath i wrażenia miałem o dziwo pozytywne.
Dokładnie tak. Jednym z powodów, dlaczego T-Pain brzmiał z Auto-Tuningiem tak dobrze jak brzmiał była jego świetna klarowna barwa głosu i też fakt że Faheem potrafił śpiewać czysto bez Auto-Tune.