Był hip-hop, w którym mógł się odnaleźć i licealista, i hip-hopowiec, i intelygent, był bitbox, były skrecze, ale był też kawałek z Gutkiem, a nie wiem czy ktoś w ogóle wcześniej połączył reaggae z rapem w PL. Była melodia, były lekkie, własne i naturalne, niemodulowane na warszawską uliczną modłę, głosy. Były kawałki przyziemne i kilka odjechanych w stylu Kalibra (Gdyby, skity - dialogi z automatyczną sekretarką), więc pozostał ten element oniryzmu i "odjechania", ale na przyswajalnym dla mainstreamu poziomie, a dalej "30 cm ponad chodnikami" przyziemnych, smutnych pogrobowców po Moleście.
Właściwie śmiem twierdzić, że to był pierwszy konektor polskiego hip-hopu z mainstreamem. Żadna z moich koleżanek nie znała żadnej Molesty, żadnego WWO, żadnego Kalibra. Co najwyżej z nazwy. A "Jestę Bogię"? Paaanie. Zresztą w tym filmie o nich nawet jest to dość dobrze pokazane, że takie sformułowanie, porównywanie się do Boga, to było o 30 cm za wysoko dla przyziemnych raperów typu polskie Mobb Deep. A wymyślił je Magik.
Oczywiście jak każdy taki kulturowy fenomen, został on potem przetrawiony i wysrany w postaci memów z Magikiem, co też może zaburzać percepcję i dzisiaj stwierdzać, że to wiocha i cringówa.
Więc oczywiste, że Magik spełnia jeden z najważniejszych warunków bycia legendą - jak James Dean, Elvis, 2Pac, Kurt Cobain, Rysiek Riedel, Jim Morrison, umarł młodo. Są pojeby, które do dzisiaj wierzą, że Bruce Lee literalnie zabiłby w bójce każdego boksera i zawodnika mma, bo młodo umarł i zrobił z siebie legendą, bo z fajną miną i charyzmą opowiadał dyrdymały o wodzie i walce.
Ale sama śmierć to za mało i jakby Magik skoczył z okna będąc przeciętnym członkiem, przeciętnego w tamtym czasie rapowego zespołu, to by nikt nie dawał jebania i nigdy by crossover memów z nim i papieżem nie powstał.











