ależ kapitalna jest ta płyta. kocham tego nihilistę obżartucha. a tutaj jeszcze te swawolne barsy podane na bitach w jazzowym duchu w znakomitej większości, ale bez zadęcia, znowu z lekkim mrugnięciem okiem. pięknie to płynie, jest osobne i świeże i ogromnie się cieszę, że muzycznie Bronsolino uderza coraz mocniej w taki właśnie klimat (piękny dobór producentów, którzy nie zawiedli). on serio jak dla mnie może rapować o jakichś codziennych pierdołach, szamce, ćpanku, świętować ten czysty hedonizm i mnie to wystarcza, jest mi lepiej i weselej jak tego słucham. a jego nie wymuszone poczucie humoru, dystans, lekkość, a zarazem oryginalne flow, nienaganna technika i delivery utwierdzają mnie, że jest to jedna z najciekawszych osobowości rapowych ostatniej dekady. żyj nam długo grubasku
