Zwrotka Smarka z Chryzantem jest niesamowita i niezmierne żałuję, że finalnie się nie znalazła na albumie. Gdyby ktoś jakimś cudem nie kojarzył, to zapraszam
Spoiler
Ona mnie pyta skąd woń tej esencji
To zbita kula spod kutasencji
Ostatnio sobie bengowałem w samochodzie i do biegania i nic a nic się nie zestarzał ten projekt.
I myślę, że to rzecz do większej rozkminy, bo niestety, spora część tych post-smarkowych truskulowych rapów teraz brzmi strasznie archaicznie, a "Najebawszy" i "W strefnie jarania..." mają w sobie ciągle taką porywającą świeżość, nawet jeżeli te patenty były ogrywane później milion razy. Nie wiem czy to kwestia luzu, totalnej bezpretensjonalności, naturalności, ale jak sobie puścicie jakiś Conkretny Element (oprócz "Dzieciństwa", bo było fajne) to skumacie, o co mi chodzi.
Ostatnio zmieniony 20 sie 2019, 0:43 przez Raph, łącznie zmieniany 1 raz.
Mam tak samo, ale tłumaczyłem to sobie zawsze chyba niczym innym jak po prostu zdecydowanie większym ładunkiem emocjonalnym. Przy okazji dyskusji w którymś z tematów odpaliłem sobie kilka randomowych tracków Okolicznego Elementu - woah, z ledwością słuchałem tego dukania i wymuszonych dwójek, a kiedyś potrafiłem się bić godzinami o honor takich projektów. Nawet - o zgrozo - pierwszy Reno jest dla mnie na granicy bycia znośnym, z całą pewnością nie uznałbym całego Następnego Levela jako słuchalny, tak samo spora część leciwego już bootlegu Laika - ot, dobre chłopaki na prościutkich bitach swoich kumpli, dobrych chłopaków. W przypadku wymienionej dwójki (Smark i Strefy, bo na przykład brzydkie starzenie się Brudnych już odczuwam, część bitów jest dla mnie aż zbyt garażowa) rzeczywiście jest dużo lepiej mimo przecież potężnej dawki osłuchiwania się i nastukanych scrobbli. Może faktycznie coś w kierunku tego luzu, może autosugestia
Wspomnę o tym pewnie gdzieś po raz czwarty biorąc pod uwagę posty na obu forach i czacie, ale nie zapomnę momentu, kiedy odpaliłem pierwszą znalezioną rzecz od Dinala (Bułki z szynką na Youtube) i po kilku skipach miałem w głowie myśl "damn, jakie nudne flow, ale to jest nijakie". Skład przeleżał sobie w kolejce do sprawdzenia kilka dobrych miesięcy, aż przez znajomość slizgu dobił się w końcu do obowiązkowego nadrobienia i dotąd kocham przejście z elektronicznego intra do otwierającego tracku, piękny moment
B to G strikes again, thick hay on the bread... For me it's a lifestyle, you say that's about swag
Bity są niby truskulowe, ale nie na jedno kopyto, masz tam trochę funku i soulu posamplowanego w stylu Pete Rocka, ale tacy Mili Ludzie to już jest bit jak z Dipset.
Najlepsza polska rap płyta dla mnie od zawsze na zawsze. Takie ATCQ ale w kraju, który 16 lat wcześniej zakończył niechciany związek z komunizmem. Jak na ten krótki czas, podejście narratorów do życia jest zaskakująco zachodnie i świeże. Byłem akurat w pierwszej klasie liceum, kiedy pojawiły się strefy i nie mam zielonego pojęcia w jaki sposób na to trafiłem (chyba przez forum slg). Pierwsze lufy i wiadra za szkołą i pierwsze psy co zawinęły mi ziomków w parku za posiadanie, a ja odszedłem triumfalnym krokiem z chryzantemami w słuchawkach, bo jedyny proceder w domu miałem na volcie (nie miałem nigdy żadnej płyty volta). Tutaj wszystko jest inne od reszty sceny. Większość płyty oparta na podwójnych i zabawie słowem bez hasztagowej żenady. Bity bardzo zróżnicowane i zupełnie inne niż wszystko co wcześniej słyszałem, głównie za sprawą charakterystycznych bębnów. Chłopaki mają bardzo mizerne flow, ale płycie dodaje to tylko uroku, kiedy cała reszta tak świetnie nadrabia. Tematy numerów w końcu zasadne; zazdrość, zepsucie środowiska, urojenia miłosne, emigracyjne pokolenie JP2, marni studenci. Odpowiadałem z Dinal na maturze ustnej. Super poczucie bliskości z autorami, dzięki blogowi dinal1982, wankza i jego blipowi (polski twitter) oraz przede wszystkim chyba opowieściom bliskim nam wszystkim. W końcu nie groźne życie na ulicy czy najebunda pod blokiem, ale kanar w autobusie i jechanie po sprzęt na odległe osiedle. W końcu kaszkiet kangol, gorące opolskie noce (nie kabaret) i dosłowny namedropping (Michał, Karol), a nie patusiarskie i skejciarskie ksywy z napinką. No mógłbym zajebać o tej płycie doktorat, ale problem w tym, że za rok 30-tka i siedzę właśnie w pracy.
W weekend wrzucę wywiady ze Ślizgu (chyba że już gdzieś krążą), w jednym z nich Wankej antycypował Twoją opinię i nawet się do niej odniósł, cytuję: "porównanie z A Tribe Called Quest jest z dupy"