OCR (w trakcie) felietonów z wydania specjalnego:
Oto druga kompilacja krótkich form autorstwa Piotra Szmidta. Felietony zebrane w tej turze ukazywały się w portalu t-mobile-music.pl w latach 2013-2016, a najświeższy pochodzi z Gazety Magnetofonowej – nowego wydawnictwa, jedynego magazynu poświęconego wyłącznie polskiej muzyce. To tam przeniósł się Typ ze swoimi rogatymi literkami. Ma na to papier. Ma na nie papier. Papier. Autor zachęca do miejskiej gry, poza pudełkiem: funduje czytelnikowi wycieczkę do komisu wątków pomijanych, rysuje kontur treściom niewygodnym i drąży. Do tej pory wolny od surowych ocen, skupiony na zachwycie źródłami różnic, teraz częściej kruszy fugi i zadaje pytania. Mes kłania się starszym, a młodszym pozwala wejść na chodnik świata, który jest mu lontem. Czy zabawnie, czy rzeczowo, osobliwy szyk sylab sprawia, że każdy kolejny akapit dudni nowym flow. Małe kosmosy, rytmiczna mania. Cud wirtualnej pamięci w zbiorze kilkunastu tematów, które, jeśli nie zawsze rozleją rtęć na dywan, to nigdy nie zamiotą jej pod. Mes nie śpi, nocny lot trwa, tamuje dopływ melatoniny. Czeka na nas w swojej prozaicznej przychodni, przeciera szybę brudną szmatką. On już coś wie. Ała?
Anna Michalska
Postaci zadziwiające. Mijamy je często - bez agresji czy irytacji. Ludzie, którzy dziwią. Wklejają nam na japy znak zapytania, a my bezskutecznie staramy się ich zrozumieć. Poniżej kilka postaw, które sklasyfikowałem w ostatnich miesiącach.
1. Ludzie, którzy jedzą ser żółty z dżemem.
Traktowanie sera żółtego jako neutralnego podwozia kanapki, takiego sera białego, tylko ciut bardziej opalonego, jest dla mnie niepojęte. To tak jakby ktoś solił szarlotkę albo popijał jabłko kawą. Gang Żółtoserodżemowców to awangarda smaku, uparci rebelianci śniadań w hotelach i stołówkach od Gdańska po Zabrze. Zawsze trafi się ktoś taki, a jego mina, gdy do tej chlebowej piaskownicy wskakuje z łyżką truskawkowego fluidu, jest doskonale obojętna. Ci ludzie na pytanie: „Do żółtego sera? DŻEM?" reagują chłodnym niczym. Dla nich moje zdziwienie jest niemal idiotyczne. Trzymają ten udżemiony nóż jak parasol w deszczu, jak książkowy przykład rozwiązania oczywistego, często odpowiadając pytaniem na pytanie: „Ale o co ci chodzi?". No, kocham tych asów i życzę im smacznego.
2. Ludzie zafascynowani sportami, których nigdy nie uprawiali.
Wiecie, skoki narciarskie albo tenis. Dokonania Isi czy Piotra Żyły potrafią opisać pod każdym względem. Wiedzą np. jaką uczennicą była tenisistka albo że pierwsze narty skoczka to nie były Rossignole, tylko Polsporty, ale jednocześnie mijają kort tenisowy lub odwiedzają szwagra, który wyniósł już narty z garażu i szykuje się, by poskromić jakiś stok, nie mając nawet cienia myśli: „Kurde, może bym pyknął w tę żółtą piłkę albo chociaż spróbował włożyć buty narciarskie?". Odczuwają emocje związane ze sportem, od patriotyzmu po chęć opowiadania wszystkim naokoło o przebiegu ostatnich mistrzostw świata, ale podczas jedzenia obiadu. Tematem rozmowy mogą uczynić siatkę pojęciową, która choć odrobinę domowników dotyczy. Wybierają wydarzenie gdzieś daleko, bez ich udziału i dziwią obojętnych nie-kibiców. A zdziwienie owo zyskuje bold i capslock najbardziej wtedy, kiedy kibic nie ma pojęcia, jak dana dyscyplina pachnie, jaka jest w dotyku, które partie ciała męczy i czy w ogóle jest choć odrobinę FAJNA w uprawianiu.
Teoretycy sportu mają swój świat. Nie są nawet targetem reklam w przerwie transmisji, bo wtedy wychodzą na szluga. Ich zajawa na daną dyscyplinę jest doskonale osobna. Nie zahacza o akcję żadną reakcją - sport sobie, fascynat sobie. Duże pięć dla tych osobliwców na zawsze!
3. Ludzie, którzy kupują yorki.
Było już o mojej „miłości" do psów, ale nie jechałem jeszcze z tematem ras. Jeśli już chcesz wyprowadzać kogoś/coś (zależy od filozofii...) kilka razy dziennie, by umożliwić mu swobodne wypróżnienie, jeśli już pragniesz w domu współlokatora, który spełniać może wiele funkcji, nie wybierasz takiego, który broni, który jest mądry (np. modne parę lat temu w Warszawie bigle mogą osiągnąć tylko poziom kumacji niemowlęcia, co znaczy, że gdy zarzucisz im koc na głowę, uznają, że świat się skończył i nie będą próbowały nic z tym zrobić), który zacznie kombinować z wezwaniem pomocy, jeśli fikniesz pod prysznicem i stracisz przytomność. Nie. Wybierasz... Małe urządzenie do wku**iania wszystkich.
Czy poza grupą użytkowników yorków, jest ktoś, kto lubi yorki? Nie jestem na przykład członkiem gospodarstwa domowego, w którym uśmiechy rozdaje labrador lub pręży muskuły pitbull, ale te psy mogą mi się podobać - te ich superpowers. No i ogólnie - z labradorem zawsze chętnie zrobię piwo na ławce czy coś. Ale z właścicielami yorków jest chyba tak, jak z brałniarzami z zewnątrz wygląda to niepokojąco. Nie bardzo potrafimy pojąć ich przyjemność. Mają swój świat i nie chcesz, by twój kumpel się w to wkręcił. No, w każdym razie ja się zawsze dziwię, że ktoś postawił na yorka, który w swoim czternastoletnim życiu będzie wciąż walczył szczekaniem o wyniki IQ z muszką owocówką.
Pamiętacie, co Chris Moltisanti z Rodziny Soprano zrobił z yorkiem? No właśnie. Naćpany nie zauważył, że na nim usiadł i pies zdechł. A postać ta smażyła heroinę jak stary piec (może stąd to skojarzenie z brałniarzami?). Jakkolwiek. York na smyczy = zdziwienie (ze śladem współczucia).
4. Dziewczyny, które mają duże piersi, ale je ukrywają.
Niektórzy mieli szansę zaznać tego uczucia - flirtowaliście z dziewczyną ze względu na jej urok osobisty, seksowne gesty czy bystre oko. Lądujecie w końcu razem w łóżku, ona zdejmuje top i nagle... BOOM! Okazuje się, że przez cały czas były z wami jej dwie piękne, duże piersi! Ale bluza, tunika czy inna koszula maskowała temat i nie mieliście o niczym pojęcia.
Tak, wiem, słyszałem, że czasem takie wspaniałe bimbały to przekleństwo, że dziewczyny cierpią na bóle kręgosłupa albo były tak często postrzegane (głównie przez bardziej płaskie i zazdrosne złośliwice) jako dodatek do swoich zwracających uwagę krągłości, że niejako z zemsty kamuflują je w życiu postszkolnym.
Może to też swego rodzaju test, czy chłop poleci na coś więcej niż jej amortyzatory? Zdaję sobie sprawę z infantylności i koszarowości tego akapitu, ale nic nie poradzę - ciągle dziwią mnie dziewczyny z dużymi piersiami unikające dekoltów. To zaleta. Ukrywanie zalet dziwi.
Bywa też, że ów atut ma określone z góry lata świetności, więc czemu nie skorzystać zeń, gdy biologia podpowiada: „Teraz!" (u facetów jest podobnie, tylko nie z cyckami, a więc, oburzone czytelniczki - take it easy - między płciami jest remis). Nie chodzi mi o to, by świecić frontem w każdej sytuacji, ale czasem golfistki popadają w skrajność – stroją się na sylwestra czy inne Halloween i pokazują nogi, dopracowują makijaż i fryz, a nie dają na choćby jeden wieczór w roku odetchnąć piersiom zasztukowanym bawełną po szyję. Mes jest lekko w szoku.
Te skromne cztery obserwacje nie świadczą raczej o mojej wybitnej formie, ale zauważcie - staram się wyłapać sytuacje, które kwituję: „Hmm... można i tak.", w odróżnieniu od: „Jak tak można?!". Czyli odpuszczam wszystkie baby przeklinające mnie w kolejce pod nosem, które zapytane: „Mówiła coś pani do mnie?" wycofują się na pozycję sapiącego milczenia i inne takie akcje z miasta ładujące mi po prostu magazynek furii. Bo ostatnio staram się szerzyć dobro, moje drogie żbiki. I rozumienie ludzkości fundować sobie raczej łagodnie niż na ostro. Serio.
Zapraszam do dopisywania swoich „zdziwek"!
5.
Być rentierem. Czy to nie kusząca wizja?
Gdyby opuściła mnie wena, talent czy zrównoważenie, jakże przyjemnie byłoby po prostu nic nie robić i czekać, aż hajsy spłyną z wynajmowanej nieruchomości. Level wyżej (niżej?) jest tylko nicnierobienie totalne i życie z jakiejś renty pochodzącej nie wiadomo skąd. Wracałem do domu niesiony tego typu wariantami przyszłości – nie mojej, ale równie dobrej do karmienia wyobraźni jak każda inna myśl. Było - uwaga, super słowo – dżdżysto. Podcięty dwoma drinkami szedłem miarowo, jeszcze bez kołysania. Było po drugiej AM. Po lewej stronie ulicy bloki, po prawej szeregowce: różnice w cenie i prestiżu tych nieruchomości są ogromne. Ale to względnie stara Warszawa - w tej okolicy pan z pieskiem z bloku i pani z suczką z domu spacerują cierpliwie, czekając aż z pupila wyleci kupa. Nie ma to nic wspólnego z pokazem mody, który odbywa się na chodnikach nowych osiedli przy okazji każdej, najprostszej czynności.
Ogrodzenie domu za milion nagle zaszurało, coś błysnęło... Przystanąłem. Zza krzaka usłyszałem głos. Niski bulgot.
- Chwileczkę... Zaczekaj!
To do mnie? Nie wiedziałem. Za furtką zobaczyłem typa. Z twarzy pięćdziesiąt, z gestów dwadzieścia pięć.
- Słuchaj, yyy, sprawa jest. Muszę do domu... Na autobus! - chłop był poważnie porobiony, ale miał plan. - Tylko widzisz, nie mogę wyjść. Ta zepsuta furtka... Zadzwoń do Mareczka i niech on wyjdzie mnie wypuścić.
Szarpnął za klamkę. Bez skutku. Stałem na chodniku po drugiej stronie i powoli porządkowałem myśli. Gość czymś pomachał. Przez ogrodzenie chwyciłem telefon, starego Ericssona. Na wyświetlaczu, w kontaktach: „Mareczek". Jak bum cyk cyk. Na razie się zgadzało.
- Mam zadzwonić i powiedzieć, że nie może pan wyjść? - upewniałem się.
- Tak! Ja pukałem do drzwi... Ale on nie słyszy. Zadzwoń i mu powiedz, żeby tu przyszedł.
Tak też zrobiłem. Mareczek zdawał się słyszeć tę historię nie pierwszy raz. Wyszedł przed dom. Wyglądał jak serialowy ojciec Alfa (kosmity, nie samca). Nie wiedziałem, czy był podcięty. Z jego chłodnego, milczącego emploi nie udało się wycisnąć umiejętności otwierania własnej furtki. Wyciągnąłem z kielni swój klucz do mieszkania, coś tam poskrobałem, odchyliłem i oto ulica stała otworem dla obu panów. Ten pierwszy powiedział:
- Zbigniew jestem! Dziękuję... No...
- Piotr, miło mi.
- No, Piotrek, to chodź, napijemy się. Gdzie tam szedłeś. Do domu? - prześwietlił mnie basowym rezonansem Zbigniew. - To wstąp na jednego, a potem mi pokażesz, gdzie tu jest autobus.
Pomyślałem o odzywce z Dnia świra: „To do domu się spieszysz, ku*wa...?". Fakt, nie spieszyłem się. Mareczek tylko patrzył. Wzrok bez emocji. Gejnia jakaś? Nie miałem pewności. W domu było cicho, nie dochodziły stamtąd żadne podejrzane odgłosy. Chwilę się wahałem, ale zawsze byłem ciekaw, jak wyglądają te miejskie wille w środku. Obaj panowie byli sporo mniejsi ode mnie. Jeśli mam dostać kosę za progiem to... Ale zaraz, jaką kosę, trochę zaufania do społeczeństwa! Nie mogli mnie przecież wypatrywać z oddali, to jest po prostu przypadek. Sądzę.
- W porządku - zgodziłem się i zaczekałem, aż poprowadzą.
Dom za milion taniał w oczach. Od progu A.D. 2013 zmieniał się w 1967. Ciasno poupychane meble tworzyły klimat meliniarski, światło - jak to w takich miejscach – ktoś przefiltrował sepią. Ale nie śmierdziało. Te wszystkie książki, obrazy, krzesła, regały, zegary ścienne i dywaniki były po prostu zakurzone - bez resztek jedzenia czy, nie daj losie, śladów życia owadów.
- Widzisz Piotrze, to jest dom Mareczka - powiedział pierwszy, gdy zasiedliśmy do stołu. - A ja się nim opiekuję, bo jego chcą ograbić. Rodzina chce mu zabrać ten dom. A on ma tylko rentę i mnie.
Czyli jednak cioty? Nagle Zbigniew machnął ręką. Milczący Marek wstał.
- Maruś, wyjdź teraz! Będziemy gadać o kobietach.
I Maruś wstał i wyszedł, jak jakiś robot na komendy. Nic z tego nie kumałem. Pomyślałem, że może Marek jest nieco zaburzony i działa tylko na komendy, ale wzrok miał myślący, przenikliwy, bez śladów rozwodnienia.
Zbigniew przysunął się. Żwawo rolował nakrętką, kieliszkami, gibał się na krześle. Był w cugu, nieogolony, zmięty. Ale w sumie, gdyby nie był tak poskładany wódą, to nie mam pewności, czy dałbym mu radę.
- Trzy lata temu umarła mi żona... Świetna kobieta... Całe życie razem... A ty lubisz dziewczyny?
- Tak, lubię! Dziewczyny... Bez dziewczyn nie ma nic! Właśnie wracam od dziewczyny!
Mocno podkreślałem swój profil seksualny, bo homo-paranoja jeszcze mi nie puściła. Ale zaczynałem wierzyć w tę historię zapitego wdowca opiekującego się kumplem.
Po kolejnym łyku Niezbyt-big-Zbig znowu pstryknął tak, jak cham pstryka na kelnera. Maruś nagle wyłonił się z mroku kuchni i znów usiadł w salonie, którego wystrojem sterował zza grobu Gomułka.
- Te je*ane słoiki... - zagaił mówca. - Tu w ogóle nie ma warszawiaków! A ty skąd jesteś?! - powiało grozą, ale miałem w odpowiedzi akurat coś pasującego.
- Stąd. No ale miasto nie może być zamknięte, bo...
- I świetnie, że z Warszawy! - uciął mnie Zbigniew. I zmienił temat. - Piszę teraz pierwszą książkę. O powstaniu. A ty kim jesteś?
W telewizorze, w rogu pokoju, leciały reklamy na Dwójce. Gdyby było zupełnie cicho, absurd wraz z kurzem zatkałyby mi mózg. A tak, w gruncie rzeczy, robiła się z tego przyjemna posiadówka.
- Jestem muzykiem.
- Świetnie! - tąpnął basem pisarz. To zrobisz muzykę do mojego filmu dokumentalnego o powstaniu! Film też kręcę. Ale wiesz... - rollercoaster z tematami jechał dalej.
- Wiesz, że całe życie nie pracowałem?
- Naprawdę? W ogóle?
Czułem, że zbliżamy się do sedna.
- Tak! Musisz tylko tak kombinować, by zarejestrować się jako twórca, a tak naprawdę tylko przetwarzasz, bo kto to sprawdzi?! Mam mieszkanie, synowi też dałem mieszkanie. I ziemię. Wszystko mu dałem po śmierci żony.
- Nie znam się na regulacjach prawnych. Jestem z lekarskiej rodziny - odparłem, wpychając się w szerszy kontekst.
Piłem już parę razy z takimi zbójami. Lepiej od razu odgrodzić się prawdą, a potem sączyć z krynicy ich zezowatej wiedzy bez podejrzeń o pracę w policji czy innej gazecie. I dać im mówić.
Po następnej bombie żona, książka i film Zbigniewa traciły krawędzie sensu. O jego przodkach nie udało mi się wydębić informacji zwrotnej. Im mniej szczegółów, tym mniej wiarygodna to historia, a zatem, pomyślałem, czas spie*dalać. Inspiracja robiła się pożółkła jak cały ten zaniedbany dom.
- Zbyszku... - wszak od początku byliśmy na ty. - Ty to chyba bardziej w kimę niż na autobus, co?
- Tak, tak - Maruś wypowiedział pierwsze słowa. Chwilę później Zbigniew leżał skulony pod kocykiem na kanapie.
Człapiąc z wolna do wyjścia (też mi się wydawało, że jestem w życiowej formie, dopóki nie wstałem z krzesła) ciągle umiałem wyobrazić sobie, że ten dom wart jest fortunę i mógłby być piękny. Ale nie byłem w stanie łaknąć już życia rentiera. Chwilę pomęczyłem się z furtką i oddaliłem w kierunku swojego bloku, a pijane myśli podpowiadane głosem mojego przyjaciela Pjusa - myśli o układzie, czerwonych baronach i resortowych dzieciach - wierciły mi łeb. Chciałem widzieć w tej krótkiej przygodzie tylko radosny przypadek i czuć smak zmrożonej wódki, ale jakoś nie mogłem nie dorabiać filozofii, zawężać spojrzenia na siłę. Bardziej niż rozmówcy i ich pokręcona relacja mistrz-sługa fascynował mnie dom i to, w czyich jest rękach. A może to tylko zawiść mieszała mi w bani?
Szukałem pointy, podkładając Temidzie argumenty. Ktoś znalazł się w moim mieście, bo jakaś rodzina pokoleniami pracowała, by wysłać go na studia i kupić mieszkanie, które przez 30 lat będzie i tak własnością banku. Ktoś inny po prostu przyszedł na świat, niczym rewers starej arystokracji, po moralnie kulawym ojcu nie dziedzicząc jednak hańby, lecz nagrodę tak po prostu, z założenia i bez wkładu własnego. Waga skrzypiała, ostro dołując jedna szalą... Pointy mogę szukać tylko we własnych wyborach i tym, co sam robię dla innych od momentu, gdy zwlekam się z łóżka w skali roku, dekady, życia, a nie w narzekaniu na oczywistą niesprawiedliwość...
Tej nocy turlałem się w pościeli jak żywe burrito, pochłonięty senną walką z czerwonymi smokami.
Siema szparagi! Przemknęły mi ostatnio w prasie porady na 2014.
Różne patenty, które pomogą ci lepiej przeżyć ten rok. Trafiłem na przykład na podpowiedz', jak powinno wyglądać CV, aby wymarzona posada była twoja już od świtu następnego dnia. A potem wpadłem na pomysł, by odwrócić ten koncept do góry nogami. Przecież większość ludzi nie wykonuje swoich zawodów z pasji — chcą pieniędzy, poczucia bezpieczeństwa, przydatności, czasem satysfakcji. Może później władzy. Prosząc, czy też aplikując o robotę, muszą kłamać na temat swoich intencji. Ciągle upiększać, przedstawiać się z jak najlepszej strony, maskować wady itd. Jakby urodzili się po to, by reprezentować interesy firmy, która np. powstała na innym kontynencie sto lat temu. Nazwa tej korporacji kojarzy się tylko z filmami karate, a my nie kojarzymy się jej szefom z niczym, bo mylą Poland z Holland. Czy coś. A gdyby pojechać odpoczątku i w każdym detalu szczerze?
CURRICULUM VITAE
(Na wstępie przyznam, że nie mam pojęcia co to znaczy. Jest to pewnie coś z łaciny, być może coś o życiu, jednak współczesną łaciną jest język angielski, więc może nazwę to tak: SOME BORING SHIT ABOUT ME.)
Dane osobowe
Imię i nazwisko: Piotr Andrzej Szmidt
(Mam też trzecie z bierzmy, ale straciłem wiarę parę lat temu, więc mniejsza o trzecie. Zresztą Wam wystarczy samo Piotr, a tak naprawdę bilans zysków i strat, który będziecie wyświetlać przy moim obliczu, jeśli się dogadamy co do roby, na razie więc mam na imię Piotr 0/0.)
Adres: Warszawa
(Nie muszę dojeżdżać. Super? A z drugiej strony... Rozleniwia mnie to. Ci, którym chce się tu dojeżdżać mają więcej POWERA. Imponują mi, więc czasem na nich psioczę. Ja ziewam na samą myśl o dojazdach... Zaraz, co w ogóle wypełniam?)
Telefon: na kartę
(Nienawidzę rachunków. Lubię móc w każdej chwili powiedzieć „nara!", bez gwiazdek i umownych kar. Czy sklasyfikować to jako zaletę w Waszych oczach? Hmm...)
E-mail: poczekajmy na firmowy
(Na mój osobisty mail nie przychodzi żaden s yf i niech tak zostanie, OK?!)
Data urodzenia: w sam raz
(Kojarzę komunizm, dobrze pamiętam zacisk pasa lat 90., ale głównie uczestniczę w rozpasaniu. Oznacza to, że byle patolem mnie nie zwerbujecie, ale wzruszę się na widok ogórków kiszonych i miniatury Fiata 125, więc premia w tej postaci może mnie zmotywować.)
Wykształcenie: „Mam zajady... To proszę mnie nie rozśmieszać!"
(Taki cytat z filmu Przepraszam, czy tu biją pasuje? W ogóle płyty, filmy, gazety i książki — w tej kolejności — nauczyły mnie więcej niż jakakolwiek szkoła.)
Doświadczenie zawodowe.
Pomińmy moje doświadczenie w wytwarzaniu dóbr sztuki. Lub, jak kto woli, głupawych piosenek. Pomińmy też maestrię w ich odtwarzaniu. Lub, jak kto woli, skakaniu po scenie. Skupmy się na efektach tych aktywności, które trwale odbiły się na mojej psychice, a tym samym mogą być zauważalne w trakcie wykonywania prac w Waszej firmie.
Akcja jest taka, że lubię być w centrum uwagi. Także szef może sobie popie*dolić kazania na temat planów kwartalnych, ale to żart na temat jego krawata, którego wzór zeskanowano zapewne wprost z wymiocin po ostatnim sushi ma brzęczeć w powietrzu do końca dnia, okrywając chwałą MNIE.
Doświadczyłem też wielokrotnych, udanych aklimatyzacji w pomieszczeniach wielkości windy, w których przemierzyłem czasem i 500 kilometrów bez przystanku i marudzenia. Jak mniemam, może się to przydać podczas pracy w tak zwanych boksach. Z tą różnicą, że w pociągach i bus w których spędziłem lata, zmiana składu powietrza na siarkowodór budziła respekt i obrzydzenie zarazem.
W Waszej firmie skład powietrza reguluje pewnie elektronika. Macie klimatyzację? Szczerze jej nienawidzę. Ktoś kto wymyślił sprzedawanie powietrza był pewnie bratem typa, który pierwszy sprzedał wodę w butelce. Kiedy przebywasz w domu, nawet w małym pokoju w bloku, jakoś nie przychodzi ci do głowy dzwonienie po instalatora klimatyzacji i płacenie za to pęgi hajsu. W samochodzie też na początku radzono sobie bez tego urządzenia. A wiecie jak? OTWIERANO OKNO. Jeśli Wasza siedziba ulokowana jest w wieżowcu bez okien, którego wielkich szyb nie przyozdobiono zawiasami, okiennicami, klameczkami czy choćby małym otworem, do którego można przyssać usta i zaciągnąć się wiosną — nie chcę tam pracować. Mam tylko dwa płuca, z czego jedno pożyczył Eldo.
Doświadczenie zawodowe... Zbierałem je przez całe życie, więc dlaczego niby tylko to wklejone w ramy pracy miałoby być przydatne przy okazji następnej posady? Czy to, że mam przyjaciół od dwudziestu pięciu lat nie lepiej świadczy o potencjale mojej lojalności? Czy fakt, że nigdy nie przechwalałem się zdobyciem dziewczyny, która tak naprawdę ledwie dała mi pościskać cycek, nie dowodzi, ze gardzę przypisywaniem sobie cudzych osiągnięć?
Zawód... Oczekujecie ode mnie ślinotoku nagród, tytułów i zwycięstw po słowie „zawód"? W tej krainie dwuznaczności chowam się do wewnątrz, bo już na etapie CV widzę, jak sprawiam Wam z a w ó d... Angielskie „qualifications", byłoby bardziej motywujące, ale chciałbym pracować w Polsce, dla Polski. Co tam mamy dalej?
Znajomość języków obcych: angielski
(Muzyczny, filmowy, serialowy. Tylko taki i aż taki.)
Zainteresowania i hobby: Dźwięki. Dziewczyny. Dobra kultury.
Czyli jeśli podczas wykonywania pracy jesteście w stanie puścić mi w tle jakieś radyjko i jeśli firmę odwiedza choćby jedna konsultantka do spraw badziewnych i niemrawych, ale ma dekolt wokół którego można dobudować różową myśl... To nie musi być dekolt, może być nawet golf, byleby nie łaziła w trampkach i leginsach. Jeśli przychodzi tam choć ćwierć kobiety, z której będzie mi wolno ulepić fantazję (jednak tylko fantazję, bo jak mawiają poeci: „nie sra się do własnego gniazda") i jeśli jesteście w stanie zmodulować logo firmy ręką artysty lepszego niż siostra cioteczna szefa, ponieważ obecne naraża mnie na śmieszność, a praca pod takim sztandarem byłaby jak chodzenie w kalesonach pośród siatkarek w bikini, wtedy... Wtedy z zainteresowaniem odwiedzę Waszą siedzibę i rozważę możliwość poświęcania Wam swojego niemal bezcennego czasu. Jedynego czasu, który pozostał mi na Ziemi. Tych szerokoźrenicznych godzin spoza snu, które mógłbym przerobić na dowolną przyjemność, ale tylko z tego powodu, że nie nazywam się Hilton lub Kardashian lub że nie dorosłem jeszcze do życia bazującego na wytworach własnej ekofarmy, muszę poświęcić owe godziny wyrobnictwu w firmie podobnej do Państwa. Przekonani?
A, niniejszym oświadczam, że nie wyrażam zgody na przetwarzanie moich danych osobowych, chociaż zamieszczam na fejsie swoje zdjęcia bez przymusu i ciągle chcę być podziwiany przez wszystkich, również przez obcych mi ludzi, byle tylko dali kciuk w górę. Niestety, Edward Snowden wkręcił mi paranoję, że przed służbami wywiadowczymi własnego państwa, którego obywatelem się czuję, muszę zgrywać najbardziej niedostępną i anonimową osobę w galaktyce, innymi słowy chcę mieć ciastko i zjeść ciastko, ale nie o logikę tu chodzi, a o moje dane osobowe. DAJCIE MI SPOKÓJ!
To jak, mam wpaść w poniedziałek rano? Dobra, podbiję jakoś koło południa.
Do zobaczenia!
Lot jest wysoki, jest przekaz. Pierwszy felieton i już jest m.in. o b i m b a ł a c h mmmm cycunie. Drugi felieton zaczyna się od zdania "Być rentierem. Czy to nie kusząca wizja?"
Post będę edytował jak skończę OCR kolejnych. Podziękowania dla
@kurator za wrzucenie zdjęć felietonów 1-7.