gods bidness pisze: ↑08 sty 2026, 19:50 wszystko to jebie konceptualizmem typu zjarałem się po przyrze w gimbazie i wpadł mi do głowy zajebisty pomysł - PAKT Z DIABŁEM! MEFISTOTEDES! NIEZŁE CO STASZKU? Zajebiste Jacku!
Tede
- CeHaTeHaCe
- Posty: 540
- Rejestracja: 22 cze 2022, 2:36
- Lokalizacja: bez refrenu
Re: Tede
Re: Tede
ta nuta to najlepsze co tede z siebie wypierdział w całej karierzegods bidness pisze: ↑10 sty 2026, 11:48 sporo potworków, wysyłających pytania czy to jeszcze muzyka czy chuj wie co - przykład CO MY ROBIMY TU, czyli daj Michu jakiś pojebany połamany bit, a ja tam będę skrzeczał, rzucał rwane sylaby, a małpy w naszych mózgach będą waliły w tamburyn
Re: Tede
Haczapurjan pisze: ↑10 sty 2026, 13:01 Tede chcąc się na kimś wyżyć po beefie z Ryśkiem, obrał sobie za cel niejakiego "Ziuek", którego to zdissował w kawałku "50 zet" (chodzi o płytę FuckTede) i ten mu nawet odpowiedział, ale zniknęło z YT jakiś czas temu i pozostał jedynie artykuł na GR. Tak w ramach ciekawostki i w oczekiwaniu na dalsze recenzje @gods bidness
https://glamrap.pl/ziuek-99-problem-ted ... ss-50-zet/
Reupload
Rydawarrior dostępny na wszystkich platformach streamingowych
FREE BORTWICK
FREE SMLY
FREE MAJONEZ
FREE RIVALDO111
FREE 4-HO-MET
FREE PWK
FREE BORTWICK
FREE SMLY
FREE MAJONEZ
FREE RIVALDO111
FREE 4-HO-MET
FREE PWK
- Haczapurjan
- Posty: 3927
- Rejestracja: 28 lip 2025, 12:50
Re: Tede
@Burak
Ty to chyba masz wszystko zachomikowane
- FruitOffTheWall
- Posty: 9181
- Rejestracja: 07 maja 2019, 22:24
Re: Tede
chcialem tylko napisać tutaj post pod tytułem
Spoiler
czuje żenade
rip zioloziolo
Czas zapierdala? Może ziomie po koksie
Zapierdalala w Las Palmas, nie Europie Wschodniej
https://www.last.fm/user/Tommy_Ovocetti
owoc dziwko może wszystko
Czas zapierdala? Może ziomie po koksie
Zapierdalala w Las Palmas, nie Europie Wschodniej
https://www.last.fm/user/Tommy_Ovocetti
owoc dziwko może wszystko
- gods bidness
- Posty: 4789
- Rejestracja: 09 paź 2019, 19:12
Re: Tede
TIER 3 cz. 2 czyli już niedługo kończymy tę zabawę, obiecuję.
Disco Noir - wyszła chyba na wiosnę, ale kojarzy mi się z wczesnym latem, jeżdżeniem na rowerze setek kilometrów tygodniowo, piciem hektolitrów cuba libre i sporadycznym wciąganiem narkotyków po tymże rumie. Czyli pierwszy rok pandemii. Dziwne, pojebane czasy. Płyta inspirowana ruskim housem, do dziś brzmi nawet nieźle, byłaby lepsza gdyby mniej na niej było Tedego, ale nie jest taki zły i dobrze sobie radzi z tymi bitami, mimo że dalej wyje i jęczy za dużo na autotunie. Dużo jest tu półcoverów i one chyba są najmocniejszym punktem płyty jak Allinka czy Się Liczy Hajs, który uwielbiałem najebany tańczyć i śpiewać. Niczym na jakimś ol inkluziwie w Hiszpanii czy innej Grecji, gdzie na przyhotelowym basenie zawsze z głośnika leci jakieś 120 minut takiego house'u przez cały dzień, jakieś liquid housowe covery znanych utworów, tak mógłby tam lecieć Tede z tą płytą, gdyby tylko mniej rapował i ładniej śpiewał. Wtedy dałbym to nawet w TIER 2, ale jest jak jest. Jego tatuaże pasują mu do tej płyty.
Elliminati - miałem dać ją w TIER 2, bo ma dużo bangerów, fajnych dobrze starzejących się kawałków, dobry kawałek intro (choć akurat był to okres bólodupny, kiedy słowo przekaz zostało sto razy odmienione przez każdy przypadek) i chyba była to płyta przełomowa w jego karierze, bo to na niej "się odkuł" tak? Hipermania nie była też jeszcze w tak zaawansowanym stadium, więc była okej wyważona. Bardziej ją postarzało nadużywanie hashtagów. I kiedy przebrnąłem przez jakieś naście kawałków, trochę słuchając, trochę skipując i stwierdziłem, że czas powoli zmierzać do końca, to się okazało, że nie jestem nawet w połowie, bo ta płyta ma kurwa 2 i pół godziny prawie i 35 kawałków czy jakoś tak. Chłop jest fest pierdolnięty. Hipermania przybiera kształt niekończących się słowotoków i wypuszczania wszystkiego co się rusza i z bitu nie spierdala.
Tam co rusz padają zarzuty, że inni to pieszczą dźwięk z płytą pieprzą się i projekt jest przesuwany co rok o rok, więc Tede chełpi się swoją płodnością (artystyczną rzecz jasna - kompensacja flaka), ale jak on kurwa myśli, że napierdalanie podwójnych, potrójnych albumów co rok i zalewanie rynku jego twórczością z taśmy parówek jest antidotum na choroby tej sceny, to nie, kurwa, nie jest.
Vox Veritatis - pamiętam, że jak wyszły "Suczki" i miałem te jakieś 15-16 lat, to jako niezbyt obyty słuchacz paktofoniki, kalibra, pezeta i peji, stwierdziłem, że fajny rap, taki z przekazem, a do tego melodyjny, ale coś mi nie grało. Dość szybko, zanim to jeszcze rozhulało się na dobre po remizach, skapnąłem się, że niebezpiecznie skręca to w stronę disco polo i nieobyty młody adept polskiego hip hopu, może być szybko urobiony i ugotowany w stopniowo podgrzewanym garnku, a rogala ddl na odmuł wtedy nie było, jedynie dizkret w kaszkiecie. Podobny "entuzjazm" wykazałem po pierwszym przesłuchaniu tej płyty. Stwierdziłem, że to dobry, radiowy, popowy hip hop. Z takimi kawałkami jak "Skrzydła", "Bitches są crazy", "Myllfy" itp. myślałem, że może to podbijać radiowe stacje i zawsze to lepiej niż Doniu. Opamiętanie znów przyszło szybko. Dalej trochę guilty mieszane odczucia, ale jednak stężenie kiczu, wieśniactwa, boomerstwa w samych tych sformułowaniach typu 'bicze są krejzi', 'mama jest dobra dupencja' budzi niesmak. Ostatnio też ten tekst napisany mandarynie jest w podobie:
Sir Mich, Tede, Manda zerknij jak to bangla
Robimy ten remix żeby latał na balangach
Ja mam lot jak helikopter Ty kompleks jak Kasandra
No full boomer, to jest teraz jego ogromna bolączka, że zawsze był z niego taki wesoły, błyskotliwy luzak, ale przeszedł się po nim Peja, przeszedł się dziadek Czas, peron odjechał, a on został z tym luzem i nieświeżym żartem z poprzedniej epoki jak przysłowiowy "twój stary".
Płyta ma jednak momenty dobre, jest przebojowa, a Tede wyleczył się z darcia mordy. Ten zajechany głos teraz to tego pokłosie, ale i kara dziejowa. Modelki zjadły mu płytę, kawałki z Bambi, Leosią totalnie z dupy i na siłę. Props za wylotówkę i jeszcze parę. Wbity za kolejną tfupłytówkę.
I tym sposobem Tier 3 został zamknięty, teraz już top notch creme de la creme, czyli dwa najwyższe Tiery, gdzie z jedna, dwie płyty jeszcze oscyluje na granicy. Pozdrawiam rodaków.
Disco Noir - wyszła chyba na wiosnę, ale kojarzy mi się z wczesnym latem, jeżdżeniem na rowerze setek kilometrów tygodniowo, piciem hektolitrów cuba libre i sporadycznym wciąganiem narkotyków po tymże rumie. Czyli pierwszy rok pandemii. Dziwne, pojebane czasy. Płyta inspirowana ruskim housem, do dziś brzmi nawet nieźle, byłaby lepsza gdyby mniej na niej było Tedego, ale nie jest taki zły i dobrze sobie radzi z tymi bitami, mimo że dalej wyje i jęczy za dużo na autotunie. Dużo jest tu półcoverów i one chyba są najmocniejszym punktem płyty jak Allinka czy Się Liczy Hajs, który uwielbiałem najebany tańczyć i śpiewać. Niczym na jakimś ol inkluziwie w Hiszpanii czy innej Grecji, gdzie na przyhotelowym basenie zawsze z głośnika leci jakieś 120 minut takiego house'u przez cały dzień, jakieś liquid housowe covery znanych utworów, tak mógłby tam lecieć Tede z tą płytą, gdyby tylko mniej rapował i ładniej śpiewał. Wtedy dałbym to nawet w TIER 2, ale jest jak jest. Jego tatuaże pasują mu do tej płyty.
Elliminati - miałem dać ją w TIER 2, bo ma dużo bangerów, fajnych dobrze starzejących się kawałków, dobry kawałek intro (choć akurat był to okres bólodupny, kiedy słowo przekaz zostało sto razy odmienione przez każdy przypadek) i chyba była to płyta przełomowa w jego karierze, bo to na niej "się odkuł" tak? Hipermania nie była też jeszcze w tak zaawansowanym stadium, więc była okej wyważona. Bardziej ją postarzało nadużywanie hashtagów. I kiedy przebrnąłem przez jakieś naście kawałków, trochę słuchając, trochę skipując i stwierdziłem, że czas powoli zmierzać do końca, to się okazało, że nie jestem nawet w połowie, bo ta płyta ma kurwa 2 i pół godziny prawie i 35 kawałków czy jakoś tak. Chłop jest fest pierdolnięty. Hipermania przybiera kształt niekończących się słowotoków i wypuszczania wszystkiego co się rusza i z bitu nie spierdala.
Tam co rusz padają zarzuty, że inni to pieszczą dźwięk z płytą pieprzą się i projekt jest przesuwany co rok o rok, więc Tede chełpi się swoją płodnością (artystyczną rzecz jasna - kompensacja flaka), ale jak on kurwa myśli, że napierdalanie podwójnych, potrójnych albumów co rok i zalewanie rynku jego twórczością z taśmy parówek jest antidotum na choroby tej sceny, to nie, kurwa, nie jest.
Vox Veritatis - pamiętam, że jak wyszły "Suczki" i miałem te jakieś 15-16 lat, to jako niezbyt obyty słuchacz paktofoniki, kalibra, pezeta i peji, stwierdziłem, że fajny rap, taki z przekazem, a do tego melodyjny, ale coś mi nie grało. Dość szybko, zanim to jeszcze rozhulało się na dobre po remizach, skapnąłem się, że niebezpiecznie skręca to w stronę disco polo i nieobyty młody adept polskiego hip hopu, może być szybko urobiony i ugotowany w stopniowo podgrzewanym garnku, a rogala ddl na odmuł wtedy nie było, jedynie dizkret w kaszkiecie. Podobny "entuzjazm" wykazałem po pierwszym przesłuchaniu tej płyty. Stwierdziłem, że to dobry, radiowy, popowy hip hop. Z takimi kawałkami jak "Skrzydła", "Bitches są crazy", "Myllfy" itp. myślałem, że może to podbijać radiowe stacje i zawsze to lepiej niż Doniu. Opamiętanie znów przyszło szybko. Dalej trochę guilty mieszane odczucia, ale jednak stężenie kiczu, wieśniactwa, boomerstwa w samych tych sformułowaniach typu 'bicze są krejzi', 'mama jest dobra dupencja' budzi niesmak. Ostatnio też ten tekst napisany mandarynie jest w podobie:
Sir Mich, Tede, Manda zerknij jak to bangla
Robimy ten remix żeby latał na balangach
Ja mam lot jak helikopter Ty kompleks jak Kasandra
Płyta ma jednak momenty dobre, jest przebojowa, a Tede wyleczył się z darcia mordy. Ten zajechany głos teraz to tego pokłosie, ale i kara dziejowa. Modelki zjadły mu płytę, kawałki z Bambi, Leosią totalnie z dupy i na siłę. Props za wylotówkę i jeszcze parę. Wbity za kolejną tfupłytówkę.
I tym sposobem Tier 3 został zamknięty, teraz już top notch creme de la creme, czyli dwa najwyższe Tiery, gdzie z jedna, dwie płyty jeszcze oscyluje na granicy. Pozdrawiam rodaków.
Re: Tede
Również dziękuję i już żałuję że zaraz się seria skończy, może potem tier lista mixtapów? 
Rydawarrior dostępny na wszystkich platformach streamingowych
FREE BORTWICK
FREE SMLY
FREE MAJONEZ
FREE RIVALDO111
FREE 4-HO-MET
FREE PWK
FREE BORTWICK
FREE SMLY
FREE MAJONEZ
FREE RIVALDO111
FREE 4-HO-MET
FREE PWK
- gods bidness
- Posty: 4789
- Rejestracja: 09 paź 2019, 19:12
Re: Tede
Czas na ostateczne rozwiązanie kwestii Tedowskiej i zamknięcie dzisiaj tej męczącej zabawy. Także tego,
TIER 2:
Hajs Hajs Hajs – kolejny album z potencjałem na Tier 1, zabity przez swoją podwójność. Jak wrzucasz tak kapitalny kawałek jak „Świat (bez kobiet)” z zajebistym tekstem, flow i bitem, to po chuj na tę samą płytę wrzucasz drugi prawie, że taki sam („One”) tylko gorszy? Rób już nawet te dwie płyty, ale drugą daj krótszą jako jakiś extra suplement i w dupie. Tempo tutaj momentami siada na długo, sporo kawałków się zestarzało (Ooo moi ludzie czują to..., To znowu ja z kolejną bom bą, "Pili gin", "Supesnajper" czy followupujące Biggiego "Dlaczego" - no ciężko słuchać tego refrenu i pierdzącego bitu - Volt go robił? Ogólnie te polskie timabaland-like bity w 2025 to meeh) tak przez bity, jak i przez wersy.
Dalej pełno tu klasycznych kawałków z samej topki Tedego (kultowe "Wielkie Joł", impresjonistyczne "Kato", bezczelne i aroganckie "Morda" z nadal świeżym bitem, może poza tą piszczałą - posłuchajcie se flow jego na tej "Mordzie" i porównajcie do tego cienkiego flaczka dzisiaj, żal). "Kredo" - ten bit, ten tekst będzie mi zawsze robił dobrze, choć, podobnie pewnie jak sam autor, ani dzisiaj nie jaram, ani nie potrzebuję brać w kredo niczego na całe szczęście. Ale sentyment jest.
Wspomniane "Świat bez kobiet" - to nadal jeden z najlepszych kawałków o płci przeciwnej. Bez jakichś siermiężnych ciężkich rozkmin, bez typowej dla gatunku wulgarności. Ot luźno podane, specyficzne obserwacje na zajebistym flole. Albo: top 5 kawałków Tedego - "Gra jest jedna"
Jeszcze nowatorskie rymy (typu: gdyż yyyy/przyszły; ziom no/skromność - dziś może niezbyt, ale wtedy to było przełomowe w pewnym sensie).
Też przełomowe, celowo prymitywne refreny, często składające się z jednego, dwóch, trzech powtarzanych słów, bo "konwenanse pierdol".
Zresztą była to płyta i okres, kiedy Tede był w swoim peaku wokalnym i mentalnym – miał ten luz naturalny (jaram gibony, telefony odbieram - ciężkie jest życie rapera), a do tego miał tę cwaniacką błyskotliwość, która go windowała na tle nudnej i szarej sceny. Dzisiaj rzekłbym, że ma taką samą (błyskotliwość) tylko, że świat się ruszył o ponad 20 lat na przód, przez co on się zboomerzył razem z tą swoją błyskotliwością.
Flow i głos wtedy jednak topka. Wtedy powinny wjechać lekcje pracy wokalu z przeponą, to może dziś by tak nie rzęził biednie i rozpaczliwie. Niestety za dużo tu kiepskich kawałków na tier 1, choć przez lata była to moja ulubiona płyta Tedzi.
Ścieżka Dźwiękowa
Kasablanca Real - największe zaskoczenie całej tej zabawy w tierowanie. Sam się sobą zdziwiłem, ale ta płyta jest bardzo dobra. Weszły nowe leki, został trochę kabacki Future, ale już bez tej hipermanii z przesadzonym, karykaturalnym wyciem i darciem mordy. Do tego chyba ostatnie podrygi niezajechanego jeszcze do końca wokalu. Rozpoczęte bengerem (Enwujotka), dalej wjeżdża Klasikbenz, co chyba jest najlepszym kawałkiem o furach Tedego z tego pierdyliarda, które nagrał. Bit świeży, bengerowy, on też se na nim radzi. Nawet kawałek o smutnej Warszawie dobry, niewkurwiający. Wszystko podlane w sosem pandemicznej antycywilizacji, jednak szczęśliwie pojawia się ten klimat pokątnie bez prób przejmowania tematyki całego albumu.
Nie wkurwia nawet typowy dla Tedego żart z folołapem do coco jumbo, bo znowu Tede jest na wyżynach gdy nawija o butach butach butach ciuchach ciuchach ciuchach i tak jest z TA SZAFA, gdzie łeb sam się buja, a refren bardzo dobry. Te powolne, klimatyczne wypełniacze typu Jacula (zajebisty aranż w bicie), Drajw, Notoryczny Skejt też się zajebiście sprawdzają.
Właściwie jej potencjajł na TIER 1 zabiła - nie zgadniecie - nadmierna długość. Np. taki Hajsman i DWWA20, to mimo innej tematyki, praktycznie jeden i ten sam kawałek. Tak samo ułożony, z takim samym refrenem, bitem, tak samo zarapowany. Po co, ja się pytam? Choć wiem, że tam były dwie Kasablanci jedna krótsza, druga dłuższa, ale to nie mój problem, tylko jego dziwny problem z głową, że on nawet jak podwójnej płyty o dziwo nie wyda, to wyda drugi raz taką samą z kilkoma kawałkami więcej.
No chłop pierdolnięty, jak Boga kocham.
Notes 2 - prawdopodobnie najlepszy dwupłytowy album w historii polskiego hip hopu i jedyny, którego Tede nie skiepścił przez sam fakt, że jest dwupłytowy. Co prawda mogę o czymś nie pamiętać, ale jedyny konkurent jaki mi na ten moment przychodzi do łba do 'Jazz w Wolnych Chwilach' (ale musiałbym odświeżyć, żeby porównać). Czego brakuje do ideału? Wkurwia mnie sitcomowy refren w "Moje życie jest tu" czy "życie może być piękne OOOOŁ, życie musi być piękne OOOŁ" albo "odrzut" z Glamrap "Do rytmu". Do tego te chujowe skity, w których Tede mówi jaki jest dzień tygodnia i o czym on teraz będzie rapował w kawałku - na chuj to komu? Jeszcze jakby to było na oddzielnym tracku, żeby to można było łatwo przeskipować. Dodatkowo kilka kawałków jest zwyczajnie zbyt przeciętnych na Tier 1.
To wszystko, kochani, następny post to już creme de la creme Tedzi.
TIER 2:
Hajs Hajs Hajs – kolejny album z potencjałem na Tier 1, zabity przez swoją podwójność. Jak wrzucasz tak kapitalny kawałek jak „Świat (bez kobiet)” z zajebistym tekstem, flow i bitem, to po chuj na tę samą płytę wrzucasz drugi prawie, że taki sam („One”) tylko gorszy? Rób już nawet te dwie płyty, ale drugą daj krótszą jako jakiś extra suplement i w dupie. Tempo tutaj momentami siada na długo, sporo kawałków się zestarzało (Ooo moi ludzie czują to..., To znowu ja z kolejną bom bą, "Pili gin", "Supesnajper" czy followupujące Biggiego "Dlaczego" - no ciężko słuchać tego refrenu i pierdzącego bitu - Volt go robił? Ogólnie te polskie timabaland-like bity w 2025 to meeh) tak przez bity, jak i przez wersy.
Dalej pełno tu klasycznych kawałków z samej topki Tedego (kultowe "Wielkie Joł", impresjonistyczne "Kato", bezczelne i aroganckie "Morda" z nadal świeżym bitem, może poza tą piszczałą - posłuchajcie se flow jego na tej "Mordzie" i porównajcie do tego cienkiego flaczka dzisiaj, żal). "Kredo" - ten bit, ten tekst będzie mi zawsze robił dobrze, choć, podobnie pewnie jak sam autor, ani dzisiaj nie jaram, ani nie potrzebuję brać w kredo niczego na całe szczęście. Ale sentyment jest.
Wspomniane "Świat bez kobiet" - to nadal jeden z najlepszych kawałków o płci przeciwnej. Bez jakichś siermiężnych ciężkich rozkmin, bez typowej dla gatunku wulgarności. Ot luźno podane, specyficzne obserwacje na zajebistym flole. Albo: top 5 kawałków Tedego - "Gra jest jedna"
Jeszcze nowatorskie rymy (typu: gdyż yyyy/przyszły; ziom no/skromność - dziś może niezbyt, ale wtedy to było przełomowe w pewnym sensie).
Też przełomowe, celowo prymitywne refreny, często składające się z jednego, dwóch, trzech powtarzanych słów, bo "konwenanse pierdol".
Zresztą była to płyta i okres, kiedy Tede był w swoim peaku wokalnym i mentalnym – miał ten luz naturalny (jaram gibony, telefony odbieram - ciężkie jest życie rapera), a do tego miał tę cwaniacką błyskotliwość, która go windowała na tle nudnej i szarej sceny. Dzisiaj rzekłbym, że ma taką samą (błyskotliwość) tylko, że świat się ruszył o ponad 20 lat na przód, przez co on się zboomerzył razem z tą swoją błyskotliwością.
Flow i głos wtedy jednak topka. Wtedy powinny wjechać lekcje pracy wokalu z przeponą, to może dziś by tak nie rzęził biednie i rozpaczliwie. Niestety za dużo tu kiepskich kawałków na tier 1, choć przez lata była to moja ulubiona płyta Tedzi.
Ścieżka Dźwiękowa
Podtrzymuję. Chyba Tede gdzieś gadał, że to jedna z płyt, którą najmniej ceni. Chłop pierdolnięty. Dobre brzmienie, letni klimat, tematy lekkie, ale niebanalne. Dużo przebojowych kawałków dobrych do radia typu boombox na lato w mieście, płomień style. Nawet giermek znad morza, Staszek, brzmi nieźle, a krew mrożą mocno podejrzane pogróżki Kiełbasy, że ZJE KAŻDE PĘTO! Oba numery z Ablem bardzo dobre. Nie ma tu jakichś ultra bangerów, ale wszystko jest na dobry z plusem. Jedna z najmilej brzmiących płyt Tedego, niezobowiązująca, dobra do auta, na rower, do puszczenia na kocu na pikniku z ponczem jak ten typek w Jajkowicach. Jedyny męczący kawałek to ta dawno przeterminowana publicystyka o olimpiadzie w Chinach. Właściwie mógłbym to dać w TIER1, ale nie ma tu tego czegoś ponad, jakiegoś pierdolnięcia, który by ją tam wywindował.
Kasablanca Real - największe zaskoczenie całej tej zabawy w tierowanie. Sam się sobą zdziwiłem, ale ta płyta jest bardzo dobra. Weszły nowe leki, został trochę kabacki Future, ale już bez tej hipermanii z przesadzonym, karykaturalnym wyciem i darciem mordy. Do tego chyba ostatnie podrygi niezajechanego jeszcze do końca wokalu. Rozpoczęte bengerem (Enwujotka), dalej wjeżdża Klasikbenz, co chyba jest najlepszym kawałkiem o furach Tedego z tego pierdyliarda, które nagrał. Bit świeży, bengerowy, on też se na nim radzi. Nawet kawałek o smutnej Warszawie dobry, niewkurwiający. Wszystko podlane w sosem pandemicznej antycywilizacji, jednak szczęśliwie pojawia się ten klimat pokątnie bez prób przejmowania tematyki całego albumu.
Nie wkurwia nawet typowy dla Tedego żart z folołapem do coco jumbo, bo znowu Tede jest na wyżynach gdy nawija o butach butach butach ciuchach ciuchach ciuchach i tak jest z TA SZAFA, gdzie łeb sam się buja, a refren bardzo dobry. Te powolne, klimatyczne wypełniacze typu Jacula (zajebisty aranż w bicie), Drajw, Notoryczny Skejt też się zajebiście sprawdzają.
Właściwie jej potencjajł na TIER 1 zabiła - nie zgadniecie - nadmierna długość. Np. taki Hajsman i DWWA20, to mimo innej tematyki, praktycznie jeden i ten sam kawałek. Tak samo ułożony, z takim samym refrenem, bitem, tak samo zarapowany. Po co, ja się pytam? Choć wiem, że tam były dwie Kasablanci jedna krótsza, druga dłuższa, ale to nie mój problem, tylko jego dziwny problem z głową, że on nawet jak podwójnej płyty o dziwo nie wyda, to wyda drugi raz taką samą z kilkoma kawałkami więcej.
Notes 2 - prawdopodobnie najlepszy dwupłytowy album w historii polskiego hip hopu i jedyny, którego Tede nie skiepścił przez sam fakt, że jest dwupłytowy. Co prawda mogę o czymś nie pamiętać, ale jedyny konkurent jaki mi na ten moment przychodzi do łba do 'Jazz w Wolnych Chwilach' (ale musiałbym odświeżyć, żeby porównać). Czego brakuje do ideału? Wkurwia mnie sitcomowy refren w "Moje życie jest tu" czy "życie może być piękne OOOOŁ, życie musi być piękne OOOŁ" albo "odrzut" z Glamrap "Do rytmu". Do tego te chujowe skity, w których Tede mówi jaki jest dzień tygodnia i o czym on teraz będzie rapował w kawałku - na chuj to komu? Jeszcze jakby to było na oddzielnym tracku, żeby to można było łatwo przeskipować. Dodatkowo kilka kawałków jest zwyczajnie zbyt przeciętnych na Tier 1.
To wszystko, kochani, następny post to już creme de la creme Tedzi.
- gods bidness
- Posty: 4789
- Rejestracja: 09 paź 2019, 19:12
Re: Tede
Tak zgadłeś, kolego jeden z drugim, i oto, by uprzedzić kolejne dedukcje i zgadywanki, wjeżdża creme de la creme, czyli najlepsze co Tede wypuścił:
TIER 1
Notes - Dziwi plotka branżę muzyczną, niemalże Rywin przyszedł z propozycją. Miało, to iść w Tier 2, ale se puściłem jeszcze raz i z perspektywy czasu, jest to topka w twórczości, więc chuj mi w dupę: TIER 1. Jak dla mnie po cichu inspirowana piewszym (a moze i też troche drugim) blueprintem Jaya. "Ja mój walkman i mój notes" brzmi trochę jak plagiat "the ruler's back" i też jest introdukcją do płyty (jakby Mes ten bit usłyszał, połamałby palce za plagiat). Potem wjeżdża kilka bengrów typowo bragga, typowo Sośnicka, typowo klaskaj, a nie klaszcz wieśku. Na bitach słychać tu trochę zajawki na just blejza, trochę na dipsetów, ale w przeciwieństwie do 3H - HHH, tutaj starzeją się one dobrze.
Było tu chyba najwięcej takich klasycznych hip hopowych bangerów, które są zdatne do słuchania do dzisiaj, jeszcze przed tym jak mu odjebało w kolejnej dekadzie i wpadł w chorą hipermanię. Tutaj nawet Kiełbasa dał dobrą zwrotkę (...to your bodyguard's "Oochie Wally"'s verse better than yours) - serio, sprawdźcie. A bangery przeplatane są wolniejszymi kawałkami, trzymającymi klimat. No serio blueprint vibe, tylko więcej hitów w stylu just blaze'a a trochę mniej truskulu. Nadal jednak brzmieniowo chyba najlepsza płyta Tedego, więc wybaczam nawet tę "zajawkę co kipi gęsta" o niczym i "harlekina" z chujowym refrenem, gdzie Tede chciał się spróbować w roli Sokoła i nie wyszło. Flow nadal top, natomiast w głosie słychać już pierwsze symptomy skrzeczenia, choć tu to brzmiało jesczcze dobrze, ale rozpoczęło już ścieżkę ku wokalnej samozagładzie.
Sport - nie chce mi się pisać o tym albumie, zwłaszcza, że już wszystko zostało o nim napisane i powiedziane. Oczywiście rap skill nie był jeszcze na najwyższym poziomie, ale nieważne. Zaprezentowano tu przełomowe podejście do polskiego hip hopu, jest na nim ultimate benger "Drin za drinem", który zna absolutnie każdy przed 45. rokiem życia i kilka innych, którzy znają ci, co lubią hip hop. "Warszafski walczyk" przypomina historię ustawową antyposiadaniową, dalej jest świeży, a Tede ma flow i normalny głos. "Dyksretny chłód" się nie starzejem "Mróz" klasyka polskiego storytellingu. "Baunsuj ze mną", czyli polska Jay-Z R.Kelly Fiesta remix, to kawałek, do którego nadal dobrze się wraca. Gdybym się zastanawiał czy dać to wszystko w TIER 1 czy 2, to bezdyskusyjny status kultowości tego albumu, follow upów i cutów z niego rozwiewa wątpliwości. Nawet Ten Typ Mes to lubi.
Esende Mylfon - ten album jest idealny, bo Tede dostał grypy, sraczki, chuj wie czego, i zapomniał zrobić z tego album dwupłytowy. Już trochę skrzeczał, ale brzmiało to świeżo, modnie i pewnie. Trochę na rozpędzie pierwszego (i chyba już drugiego?) DJ Buhha jedzie bezczelnie, bezkompromisowo, bangerowo. Oprócz typowego bragga, jest tu kilka kawałków o konkretnej, acz lekkiej tematyce, a w takich Tede sprawdza się idealnie - diss na Eskę, diss na Onara, przebojowe "Zdziro" czy pierwszy chyba w karierze kawałek o ciuchach/czapkach. Do tego kontynuacja tematyki pieniędzy w zajebistym, a dużo mniej popularnym niż inne z tej płyty "Nic za darmo", z cutami/follow upami w refrenie robiącymi taki hip-hop, który dałby w pysk dzisiejszej Tedzi, Skolimowi i Millerowi z Boysów.
Tempo też wartkie, praktycznie brak zamulaczy, spowalniających akcję przerywników. Prawdopodobnie najlepsza płyta w karierze. Jedyne co bym w niej zmienił, to refren w "Gdyby jutra miało nie być" dał do zaśpiewania komuś innemu niż jakiejś Mariolce. Z drugiej strony każdemu się taki wrył w pamięć, niech mu będzie.
Hajp, Hajs, Hejt - tu kolejne zaskoczenie dla nieokrzesanych chamów bez ogłady. Płyta nie padła ofiarą bycia podwójną i oczywiście to ją uratowało. Po chujowej dekadzie 2010-2020, Tede podniósł się jak Fenix z Popiołów i Bonus BGC z rzygów. Nagrał różnorodny acz spójny album, pełen dobrych, bezpretensjonalnych kawałków, które, jak to u Tedzi bywa, nie aspirują do bycia najmundrzejszymi na świecie (bo zawsze jak Tede próbował, to był fail - vide Harlekin, kawałek o olimpiadzie chińskiej, czy o tym dokąd Polska zmierza
).
Wrócił po hipermanii do słuchalnego brzmienia, co chyba sam określił mianem "neo boom bap". Jedyny jej minus to zarżnięty, umęczony, przefiltrowany przez wtyczki głos bohatera. Kawałki typowo rap-popowe ("Forever young", "WTF") nie są obciachowe, goście nie są Staszkami, Kiełbasami i Kołczami, a Guralami, OSTRami, Madami, więc trzymają poziom, zamiast być tylko przydupasami do wypełnienia kawałka.
Tutaj nie wymieniłem jednego gościa, Szczyla - wymieniam go w oddzielnym zdaniu, bo absolutnie zjadł całą płytą swoją zwrotką, co sprawiło, że przesłuchałem jego twórczość i nawet na jakimś koncercie byłem. Chyba najbardziej zmarnowany talent, ale może wróci. Sęk w tym, że jak pokazała jego twórczość nie do końca jest taki, jak na tym feacie - brudny, szorstki, naturszczykowy, bezczelnie wyluzowany. Jeden z lepszych featów w pl rapie.
"Skynet", luźny "Lipsync", "U-Targ Clan", "Boss" (który brzmi jak ze Skrrrt), "Pianista" itd. - wszystko zajebiste kawałki i wszystkie tworzą spójny lekko halucynogenny klimat tej płyty (serio polecam zwrócić uwagę jaka ona jest psychodeliczna). Bity i aranże robią robotę. Może się ktoś nie zgadzać z tą oceną, ale jak rzeknięte w "Gramy to" - haters gonna hate I love lo leep 'em motivated.
To już wszystko, kochani. Dziękuję za uwagę, propsy i przeczytanie wszystkim czterem osobom, które się na to wysiliły. Sam nie wiem po co to robiłem, ale zaczęło się od tego, że chciałem se je porankingować, ale taka sucha lista bez uzasadnienia, to chuj jej w dupę, więc wyszło jak wyszło. W oddzielnym poście wrzucę wszystko na raz wylistowane. Pozdrawiam Polaków.
TIER 1
Notes - Dziwi plotka branżę muzyczną, niemalże Rywin przyszedł z propozycją. Miało, to iść w Tier 2, ale se puściłem jeszcze raz i z perspektywy czasu, jest to topka w twórczości, więc chuj mi w dupę: TIER 1. Jak dla mnie po cichu inspirowana piewszym (a moze i też troche drugim) blueprintem Jaya. "Ja mój walkman i mój notes" brzmi trochę jak plagiat "the ruler's back" i też jest introdukcją do płyty (jakby Mes ten bit usłyszał, połamałby palce za plagiat). Potem wjeżdża kilka bengrów typowo bragga, typowo Sośnicka, typowo klaskaj, a nie klaszcz wieśku. Na bitach słychać tu trochę zajawki na just blejza, trochę na dipsetów, ale w przeciwieństwie do 3H - HHH, tutaj starzeją się one dobrze.
Było tu chyba najwięcej takich klasycznych hip hopowych bangerów, które są zdatne do słuchania do dzisiaj, jeszcze przed tym jak mu odjebało w kolejnej dekadzie i wpadł w chorą hipermanię. Tutaj nawet Kiełbasa dał dobrą zwrotkę (...to your bodyguard's "Oochie Wally"'s verse better than yours) - serio, sprawdźcie. A bangery przeplatane są wolniejszymi kawałkami, trzymającymi klimat. No serio blueprint vibe, tylko więcej hitów w stylu just blaze'a a trochę mniej truskulu. Nadal jednak brzmieniowo chyba najlepsza płyta Tedego, więc wybaczam nawet tę "zajawkę co kipi gęsta" o niczym i "harlekina" z chujowym refrenem, gdzie Tede chciał się spróbować w roli Sokoła i nie wyszło. Flow nadal top, natomiast w głosie słychać już pierwsze symptomy skrzeczenia, choć tu to brzmiało jesczcze dobrze, ale rozpoczęło już ścieżkę ku wokalnej samozagładzie.
Sport - nie chce mi się pisać o tym albumie, zwłaszcza, że już wszystko zostało o nim napisane i powiedziane. Oczywiście rap skill nie był jeszcze na najwyższym poziomie, ale nieważne. Zaprezentowano tu przełomowe podejście do polskiego hip hopu, jest na nim ultimate benger "Drin za drinem", który zna absolutnie każdy przed 45. rokiem życia i kilka innych, którzy znają ci, co lubią hip hop. "Warszafski walczyk" przypomina historię ustawową antyposiadaniową, dalej jest świeży, a Tede ma flow i normalny głos. "Dyksretny chłód" się nie starzejem "Mróz" klasyka polskiego storytellingu. "Baunsuj ze mną", czyli polska Jay-Z R.Kelly Fiesta remix, to kawałek, do którego nadal dobrze się wraca. Gdybym się zastanawiał czy dać to wszystko w TIER 1 czy 2, to bezdyskusyjny status kultowości tego albumu, follow upów i cutów z niego rozwiewa wątpliwości. Nawet Ten Typ Mes to lubi.
Esende Mylfon - ten album jest idealny, bo Tede dostał grypy, sraczki, chuj wie czego, i zapomniał zrobić z tego album dwupłytowy. Już trochę skrzeczał, ale brzmiało to świeżo, modnie i pewnie. Trochę na rozpędzie pierwszego (i chyba już drugiego?) DJ Buhha jedzie bezczelnie, bezkompromisowo, bangerowo. Oprócz typowego bragga, jest tu kilka kawałków o konkretnej, acz lekkiej tematyce, a w takich Tede sprawdza się idealnie - diss na Eskę, diss na Onara, przebojowe "Zdziro" czy pierwszy chyba w karierze kawałek o ciuchach/czapkach. Do tego kontynuacja tematyki pieniędzy w zajebistym, a dużo mniej popularnym niż inne z tej płyty "Nic za darmo", z cutami/follow upami w refrenie robiącymi taki hip-hop, który dałby w pysk dzisiejszej Tedzi, Skolimowi i Millerowi z Boysów.
Tempo też wartkie, praktycznie brak zamulaczy, spowalniających akcję przerywników. Prawdopodobnie najlepsza płyta w karierze. Jedyne co bym w niej zmienił, to refren w "Gdyby jutra miało nie być" dał do zaśpiewania komuś innemu niż jakiejś Mariolce. Z drugiej strony każdemu się taki wrył w pamięć, niech mu będzie.
Hajp, Hajs, Hejt - tu kolejne zaskoczenie dla nieokrzesanych chamów bez ogłady. Płyta nie padła ofiarą bycia podwójną i oczywiście to ją uratowało. Po chujowej dekadzie 2010-2020, Tede podniósł się jak Fenix z Popiołów i Bonus BGC z rzygów. Nagrał różnorodny acz spójny album, pełen dobrych, bezpretensjonalnych kawałków, które, jak to u Tedzi bywa, nie aspirują do bycia najmundrzejszymi na świecie (bo zawsze jak Tede próbował, to był fail - vide Harlekin, kawałek o olimpiadzie chińskiej, czy o tym dokąd Polska zmierza
Wrócił po hipermanii do słuchalnego brzmienia, co chyba sam określił mianem "neo boom bap". Jedyny jej minus to zarżnięty, umęczony, przefiltrowany przez wtyczki głos bohatera. Kawałki typowo rap-popowe ("Forever young", "WTF") nie są obciachowe, goście nie są Staszkami, Kiełbasami i Kołczami, a Guralami, OSTRami, Madami, więc trzymają poziom, zamiast być tylko przydupasami do wypełnienia kawałka.
Tutaj nie wymieniłem jednego gościa, Szczyla - wymieniam go w oddzielnym zdaniu, bo absolutnie zjadł całą płytą swoją zwrotką, co sprawiło, że przesłuchałem jego twórczość i nawet na jakimś koncercie byłem. Chyba najbardziej zmarnowany talent, ale może wróci. Sęk w tym, że jak pokazała jego twórczość nie do końca jest taki, jak na tym feacie - brudny, szorstki, naturszczykowy, bezczelnie wyluzowany. Jeden z lepszych featów w pl rapie.
"Skynet", luźny "Lipsync", "U-Targ Clan", "Boss" (który brzmi jak ze Skrrrt), "Pianista" itd. - wszystko zajebiste kawałki i wszystkie tworzą spójny lekko halucynogenny klimat tej płyty (serio polecam zwrócić uwagę jaka ona jest psychodeliczna). Bity i aranże robią robotę. Może się ktoś nie zgadzać z tą oceną, ale jak rzeknięte w "Gramy to" - haters gonna hate I love lo leep 'em motivated.
To już wszystko, kochani. Dziękuję za uwagę, propsy i przeczytanie wszystkim czterem osobom, które się na to wysiliły. Sam nie wiem po co to robiłem, ale zaczęło się od tego, że chciałem se je porankingować, ale taka sucha lista bez uzasadnienia, to chuj jej w dupę, więc wyszło jak wyszło. W oddzielnym poście wrzucę wszystko na raz wylistowane. Pozdrawiam Polaków.
Ostatnio zmieniony 13 sty 2026, 21:13 przez gods bidness, łącznie zmieniany 1 raz.
- marmolad_k2
- Posty: 6148
- Rejestracja: 03 sie 2023, 11:18
Re: Tede
Nie ma co wybaczać, do dziś tak mówimy
- marmolad_k2
- Posty: 6148
- Rejestracja: 03 sie 2023, 11:18
Re: Tede
Mógłby częściej dostawać, byłaby wspaniała dyskografia.gods bidness pisze: ↑13 sty 2026, 21:10 Tede dostał grypy, sraczki, chuj wie czego, i zapomniał zrobić z tego album dwupłytowy










