Sokół
-
georgefloyd
- Posty: 236
- Rejestracja: 26 lip 2025, 9:06
Re: Sokół
Na dobrą sprawę raperzyny zawsze mieli wyjebane ego, choć przewózkę osiedlową jestem w stanie zrozumieć to muzycznie i tekstowo to xdd. Pamietam jak mówili, że nie grają ich w radiach itp. No kurwa, puść komuś nie w temacie to będą dla niego katorgi. Moja panna nie jest Polką i jak sobie czegoś tam słuchałem to ona w szoku, że to takie liczby robi bo to jest amuzyczne. Po prostu, amuzyczne. Męczące dla ucha. No i jeszcze wyższość nad innymi gatunkami. Potem biorą się w ich głowie jakieś pomysły na książki choć w życiu przeczytali parę na krzyż. Po krótkim cytacie „tym” , „bo” gdzie to w ogóle wybija z rytmu czytelnika widać, że gość który to pisał jest totalnym amatorem. Musiał mieć luźny pomysł, napisać, zredagować, jakieś poprawki, a i tak wychodzi takie coś. Chciałbym zobaczyć książkę VNMa, to musiałoby być wspaniałe dzieło.
Re: Sokół
Bez „bo” brzmi wiele hujowiej jak na moje
Poza tym te „bo” nie jest z dupy tylko jego funkcja jest uzasadnienie czemu spuścił wzrok, puszczenie tego po przecinku to nieco inna konstrukcja myślowa
Poza tym te „bo” nie jest z dupy tylko jego funkcja jest uzasadnienie czemu spuścił wzrok, puszczenie tego po przecinku to nieco inna konstrukcja myślowa
złap książkę, złap reset
free smly
free smly
Re: Sokół
Można było: zrobiło mi się głupio i spuscilem wzrok
Prościej i lepiej.
W sumie spojrzałem dalej i zobaczyłem jescze większy przypal, czyli to.
Prościej i lepiej.
W sumie spojrzałem dalej i zobaczyłem jescze większy przypal, czyli to.
Choć kurwa ja nawet nie wiem czy to naprawdę fragment jego książkiNicmadrego pisze: ↑06 lis 2025, 23:24 szczelinie między jego skórzanym kapciem a nogawką zobaczyłem jeszcze większy przypał.
Re: Sokół
słabo się czyta - muszę pomyślęc co to jest szczelina między kapciem a nogawką, tak się nie mówi przecież. potem z kolei ta zbitka "jeszcze większy przypał" - no kurwa buduje napięcie jakby tam była nie wiem wróżka zębuszka conajmniej, a po prostu typ miał skarpety z mikołajem (?).
-
georgefloyd
- Posty: 236
- Rejestracja: 26 lip 2025, 9:06
Re: Sokół
Chujowo się czyta, tylko tyle.chuj pisze: ↑07 lis 2025, 11:33georgefloyd pisze: ↑07 lis 2025, 11:08Po krótkim cytacie „tym” , „bo” gdzie to w ogóle wybija z rytmu czytelnika
Ale ze o co chodzi
Re: Sokół
W postaci myśli uwolnionej jak się komuś nie chce słuchać
Cześć, Tu Wojtek Sokół. Do tej pory znaliście mnie pewnie głównie z rapu, ale napisałem pierwszą książkę. Teraz w Trójce można posłuchać fragmentów. Wesołych Świąt! Jestem rozpromieniona, kiedy trzymam za rękę o miękkiej skórze moją mamę. Wchodząc do pięknej, obszernej restauracji z wielkimi kryształowymi żyrandolami. Jest to restauracja dziwna przez swoją kolorystykę, jakby bajkowa. To wysokie wnętrze bardzo ładnie oświetlone dzięki wielkim oknom wychodzącym na ogród. Na ścianach są tapety w grube pistacjowo-beżowe pasy, a na stołach pudroworóżowe obrusy. Kelnerzy krążą ubrani w jasnobłękitne stroje, serwując wyłącznie lody, torty i ciastka w równie pastelowych barwach na porcelanie w kolorze złamanej bieli. Pomimo swojej nietypowej słodkiej oferty nie jest to cukiernia ani kawiarnia, ale prawdziwa restauracja. Taki też widnieje napis na trzymanym przeze mnie w dłoni jadłospisie. Restauracja Palermo. Usiadłyśmy z mamą przy wskazanym przez kelnera okrągłym stoliku pod wielką palmą w bladożółtej donicy. Przez otaczającą je paletę barw nawet liście tej palmy zdają się być jakby bardziej pastelowe niż liście innych palm, jakie kiedykolwiek widziałam. Całe to delikatne i oniryczne wnętrze oraz cichy gwar działają na mnie kojąco. Wszyscy poruszają się powoli, ale pewnie. Są beztroscy, ale konkretni. Czuję się świetnie zamawiając rurki z bitą śmietaną i lody o smaku słonego karmelu. "Jak zjesz, pokażę ci żyrafę, która mieszka w ogrodzie" mówi mama, zdejmując z głowy kapelusz. Nie zauważyłam wcześniej, że ma na sobie kapelusz. To dziwne, bo jest jak zaprojektowany specjalnie do wizyt w tej restauracji. Ma tygrysie cętki, ale beżowo-pistacjowe, dokładnie w barwach tapet. Nagle wszyscy zamierają w bezruchu, a w tle słychać złowrogi alarm. Gwar cichnie i poza pulsującym dźwiękiem alarmu nastaje dziwna, przeszywająca cisza. Przechodzi mi przez myśl, że to może być pożar, ale przecież syrena przeciwpożarowa brzmi inaczej. Ma ciągły dźwięk. Wszystko znika i budzę się w swoim łóżku. Wyłączam budzik w telefonie i odruchowo sprawdzam godzinę. Jest czternasta. Przypominam sobie wczorajszy wieczór. Długo nie mogłam zasnąć. Słabo się czułam, mdliło mnie. Po opakowaniach w łóżku przypominam sobie, że zjadłam cały słony popcorn i pół tabliczki czekolady. Oglądając na Netflixie jakiś kiepski brytyjski serial o bardzo źle wyglądającej policjantce. Patrzę teraz mętnym wciąż wzrokiem na oparty o ścianę sypialni transparent z wielką waginą i wystającym z niej Zbigniewem Ziobro podpisanym "Stop niechcianym narodzinom". Jest czternasta. Leżę w wynajętym mieszkaniu na Moliera w Warszawie, w bloku, na parterze którego przez wiele lat mieściła się lubiana przez polityków, znana restauracja Pędzący Królik. Dziś zamknięta i zapomniana, zamieniona w bar mleczny. I to do tego właśnie baru muszę zaraz iść po barszcz, który obiecałam postawić u mamy na wigilijnym stole, mówiąc, że nie ma najmniejszego sensu, żeby go gotowała, bo przywiozę go z Krakowa, z jej ulubionej restauracji Pod Baranem, gdzie wiszą obrazy Dwurnika, a kluski jadała Wisława Szymborska. Mama nie cierpi ani Dwurnika, ani Szymborskiej, gdyż są poza strefą jej komfortu, ale podobno była raz w Krakowie na jakiś wykładach i zabrała ją tam koleżanka, gdzie doceniła kuchnię pomimo strasznego dla niej pstrokatego wystroju oraz skrzypiących starych szaf służących w tym lokalu jako szatnia, o czym wyrażała się z wielką dezaprobatą. Była tam jeden tylko raz i to dawno. A cała ta historia ze wspominaniem owego zdarzenia służyła mamie wyłącznie jako jedna z nielicznych okazji do powiedzenia czegokolwiek poza wydawaniem komend. I była jedną z trzech na krzyż opowieści z jej nudnego życia. Mama światowa nigdy nie była. Za najlepsze wakacje uważała te spędzone w zeszłej epoce w Darłowie, gotowała też dość podle, więc nie powinna się zorientować, że potrawy, które spożyje jako dar z jej ulubionej restauracji w Krakowie, pochodzą w rzeczywistości z mlecznego baru na warszawskiej ulicy Moliera. Z lokalu, gdzie kiedyś mieściła się lubiana przez polityków znana restauracja Pędzący Królik. Barszcz to barszcz. Nawet nie wiem, czy Pod Baranem serwują barszcz. Może na święta wprowadzają taką pozycję, ale mama i tak tego przecież nie sprawdzi. Leżę w łóżku, trzymając przed sobą telefon. Mam trzy nieodczytane wiadomości. Pierwsza, lakoniczna, "Bądź punktualnie" od konkretnej jak zwykle mamy. Druga, "Hej Zuza, fajnie, że Cię poznałam, może jakaś kawa po świętach?" Napisana jednym ciągiem, małymi literami i bez jakichkolwiek znaków przestankowych. To SMS od Marty, poznanej wczoraj na placu Piłsudskiego znajomej Marka Grabowskiego, mojego kolegi ze szkoły podstawowej. Wreszcie wiadomość trzecia. "Cześć Samanta osiem pięć, kończymy ten rok ostatnim spotkaniem dwudziestego siódmego grudnia o dziewiętnastej w willi na Żoliborzu. Dress code oczywiście świąteczny. Po adres i szczegóły zaloguj się na konto w naszym serwisie Last link. Wiadomość wygenerowana automatycznie. Nie odpowiadaj na nią" ze znanego mi dobrze numeru oznaczającego automat wysyłający tego typu komunikaty informacyjne. "Będę punktualnie mamo, mam barszcz spod barana" odpisałam mamie. "Jasne, odezwę się po świętach" napisałam do Marty, ale poprawiłam wiadomość na "Jasne, odezwę się po tym świątecznym cyrku". Dodałam emotikony bałwana oraz klauna i wysłałam. Po chwili otrzymałam odpowiedź "Wesołych" i trzy wymiotujące emotikony. To był pierwszy fragment mojej debiutanckiej powieści Wesołych Świąt. Książka ukaże się nakładem wydawnictwa Wydałem. Taka tam bajeczka, mordo. Zapraszam. Wojtek Sokół.
Taka tam bajeczka, mordo. Zapraszam, Wojtek Sokół.
Dodano po 3 minutach 28 sekundach:
Jeny jakie lanie wody
Rydawarrior dostępny na wszystkich platformach streamingowych
FREE BORTWICK
FREE SMLY
FREE MAJONEZ
FREE RIVALDO111
FREE 4-HO-MET
FREE PWK
FREE BORTWICK
FREE SMLY
FREE MAJONEZ
FREE RIVALDO111
FREE 4-HO-MET
FREE PWK
- scam_sakawa
- Posty: 9608
- Rejestracja: 24 kwie 2019, 8:43
Re: Sokół
I pierdoliłeś coś, że za droga PROSTO bluza Wojtka książka
Nie kupuj jej, ona nie jest dla lamusa ciumczoczka
Nie kupuj jej, ona nie jest dla lamusa ciumczoczka
Wszystkie moje posty są wyłącznie fikcją literacką i nie mają żadnego pokrycia w rzeczywistości.
Re: Sokół
Na stronę wleciały odc. 2 i odc. 3, transkrypcja:
odc 2
Cześć, tu Wojtek Sokół. Do tej pory znaliście mnie pewnie głównie z rapu, ale napisałem pierwszą książkę. Teraz w Trójce można posłuchać fragmentów. Wesołych Świąt! Hajs zbieram od dobrych kilku lat. Jako przykrywkę produkujemy z Magdą biżuterię. To znaczy nic nie produkujemy, tylko zamawiamy w Chinach szare kamienie wypełnione śladowymi ilościami złota w szczelinach i zagłębieniach. To są takie zwykłe kamyki, jakie zdarza ci się kopnąć na ulicach każdego miasta. Nawleczone na cienkie sznurki. Ogarnęła to i projektuje Magda. Wymyśliła też nazwę Laur, która łączy francuski rodzajnik ze słowem aur, a to kojarzy się z łacińskim słowem aurum, czyli złoto, a dodatkowo z aurą. Miało brzmieć luksusowo. Wynajęliśmy małe miejsce, które wyposażyliśmy tak, aby przypominało wnętrze najbardziej prestiżowego jubilera. Wszystko w złamanej bieli. Szeroka lada, długie zasłony, sztukaterie, dwa fotele i lustra w grubych, rzeźbionych ramach. Do tego wiele lamp dających ciepłe światło. Magda miała do tego rękę. Położyliśmy towar w prostokątnych ramkach na pluszowym materiale i wystawiliśmy na sprzedaż. Oczywiście w chuj drożej niż realnie powinien kosztować, ale nie miało to żadnego znaczenia. Te ceny miały być w kit, tak jak cały ten biznes. Te drogie kamyczki to dopiero początek. Właściwie podkładka do podkładki. Tańszą dla nich alternatywą w naszym sklepie była młodzieżowa linia Aurex by Laur, która na pierwszy rzut oka była prawie tym samym, tyle że wykonana była z plastiku przypominającego kamyk z wgłębieniami barwionymi farbą w złotym kolorze. Te pierwsze miały robić wrażenie towaru premium, a te drugie być jak najtańsze i wyglądać podobnie. Wszystko razem miało być sposobnością prania hajsu. Droga linia miała leżeć i błyszczeć w małym butiku na Mokotowskiej, a odbywać się w nim miały transakcje, w których dziewięćdziesiąt procent klientów robi zakupy gotówką, kupując produkty z tańszej linii. Łapiesz? Zastanawiasz się pewnie nad tym, że skoro i tak był to bałach, to czemu mieli kupować akurat tę tańszą? Prosta matematyka. Średni koszt wyprodukowania takiej plastikowej bransoletki już na gotowo, z transportem i cłem, wynosił piętnaście złotych. U nas w gablocie leżała za trzysta. A żeby uzasadnić tak wysoką cenę tych plastikowych kamyków, mieliśmy tę droższą, oryginalną linię Laur, gdzie najmniejsze kolczyki z jednym kamyczkiem startowały od dwóch koła. Nie liczyliśmy na prawdziwych klientów. Opłacało się to po prostu nabijać na kasę w kit, nawet jak mielibyśmy wyrzucać ten niby sprzedany towar do śmieci. Cały ten brand i model biznesowy to miała być lipa. Dla zwiększenia wiarygodności robiliśmy wszystko, co należy. Wykupiliśmy reklamy w prasie i w sieci. Magda była kiedyś modelką, więc miała sporo znajomości, dzięki którym ogarnęliśmy zajebistą sesję zdjęciową oraz grafiki. Nasz produkt wydawał się kurwa luksusowy. Przebitka była taka, że efektywność prania wynosiła pięć procent. To kurwa co najmniej dwa razy lepiej niż u najlepszych ludzi na mieście. Nigdy jednak nie przewidzieli byśmy scenariusza, który się wydarzył. Otóż marką Laur naprawdę zajarały się te wszystkie bogate dziwki. Pewnie było to po części zasługą wyczucia estetycznego Magdy oraz naprawdę dobrze zrobionej kampanii, ale przede wszystkim stało się to dzięki idiotycznie wysokim cenom. Te dupy po prostu kurwa jarały się drogimi rzeczami, niezależnie od tego, czym te rzeczy dokładnie były. Z czasem szczeliny kamyczków zaczęliśmy wypełniać też srebrem i platyną, robiąc większe widełki cenowe, a najdroższe z naszych produktów, robione we współpracy ze znanymi artystami, wycenialiśmy na czterdzieści koła. Tak, po dwóch latach współpracować z nami chciał już każdy pojebany artysta albo dziwny pedał ubrany w futro i okulary na pół mordy. Co więcej, na fali popularności podstawowej linii zaczęła nam się wśród małolatek sprzedawać też ta tańsza, przeznaczona de facto do utylizacji. Odnieśliśmy niezamierzony realny sukces w tej branży. Zarówno w segmencie premium, jak i aspirującym. Na łamach polskiej edycji Vogue'a jakieś dziennikarki zachwycały się nową falą biżuterii. Elle wspominał o perle polskich marek, a środowisko przećpanych dzieciaków spod niuansa opowiadało o przełomowym wyniesieniu tkanki miejskiej na piedestał. Serio, usłyszałem to kiedyś od jakichś dwóch kretynek przypadkiem przy barze. Wynoszenie tkanki miejskiej na piedestał. Ja pierdole, co to w ogóle znaczy? Ja oczywiście byłem w tym wszystkim schowany. To nie są czasy Pershinga czy Słowika. Daleko mi do nich pod względem możliwości, popularności i zasięgu. Ale i dziś dziennikarzyny potrafiłyby pewnie dojść do tego, kim jestem. A potem już tylko nagłówki w brukowcach i na Pudelku w stylu znana bizneswoman Magdalena Suma od lat pozostawała w związku, a także ma córkę z Bogdanem Lemonem, zwanym w środowisku przestępczym jako Cytrynowy. Wiedzieliby dzięki jakimś życzliwym frajerom z ulicy, bo charakternych ludzi już prawie nie ma. Nawet jak któryś na psach się nie rozjebał, to żeby pogonić coś do Pudelka byłby pewnie pierwszy. Dlatego nikt nie kojarzył mnie z luksusową marką Laur, jej tańszą linią Aurex ani nawet z Magdą Sumą, właścicielką tej marki, z którą żyłem od ośmiu lat i miałem wspólną pięcioletnią córkę Marysię. Nie wiedzieli o tym ani moi znajomi, ani Magdy. Nigdy w Polsce nie pojawialiśmy się publicznie razem, nie spędzaliśmy tu wakacji ani nie chodziliśmy razem na zakupy. Mieszkaliśmy w dwóch przylegających do siebie bliźniakach na Zawadach, które celowo otynkowaliśmy nawet na inne kolory, co bardzo wkurzyło Magdę, jak już wiecie, estetkę z wyczuciem. Po zakupie obu części bliźniaka połączyliśmy je ze sobą wewnętrznymi drzwiami. Magda, jako samotna matka i kobieta sukcesu stała się gwiazdą oraz idolką wszystkich kobiet, a przede wszystkim zagorzałych feministek. Udzielała wywiadów, chodziła na jakieś gale Cosmopolitana i urodziny Witkaca, a ja tkwiłem w ulicznym bagnie, w którym wcale nie chciałem już być, ale z którego trudno się było wycofać.
odc 3
Cześć, tu Wojtek Sokół. Do tej pory znaliście mnie pewnie głównie z rapu. Eee, napisałem pierwszą książkę. Teraz w Trójce można posłuchać fragmentów. Wesołych Świąt! Muzyka: Łukasz Borowiecki. Helenka zapytała, czego się napije. - A macie ten świąteczny kompot, który lubię? - Oczywiście, że mamy - odpowiedział stary, sięgając pod duży dzbanek z brązowym płynem z suszonych śliwek. - Szklankę masz na stole. No i jak tam? Nadal pracujesz z Kalbarskim? - zapytał. - Tak - uciąłem. Kalbar z Mokotowa to syn właściciela dużej drukarni. Od dziecka napeklowany kwitem, ale ciągnie go do ulicy. Mój ojciec wiedział, kim jest stary Kalbarski i ile ma kasy, więc kiedyś, żeby wytłumaczyć w miarę racjonalnie, gdzie zarabiam pieniądze, wymyśliłem farmazon, że pracuję w jego firmie jako handlowiec szukający nowych zleceń. Wymyślałem na poczekaniu za każdym razem jakieś pierdole o klientach i zamówieniach, a staremu wydawało się to widocznie wiarygodne, bo wyglądał na zadowolonego i nie drążył. - No, czekamy jeszcze tylko na Renatę z Wojtkiem i siadamy do stołu - rzucił ojciec. - Chodź Marek, zapalimy na loggii - dodał, wykonując przy tym jakiś paralityczny ruch głową. Loggia. Proszę cię, człowieku. Loggie to mają w Rzymie albo innej Wenecji. Tu, na obsranym Bemowie, w tym smutnym o tej porze roku jak pizda mieście, to masz chłopie balkon. Wklęsły zamiast wystający, zabudowany przesuwnymi oknami, ale to tylko zasrany balkon, na którym pizdzi po szkitach. Ojciec był, jak to się mówi, aspirujący. Pewnie dałby se palec upierdolić za mieszkanie na Wilanowie, nawet identyczne jak to, chodziło tylko o to, żeby mógł mówić, że jest z Wilanowa, a nie z Bemowa. Wtedy to mógłby nawet nawijać ten swój makaron o loggii. To by się jakoś kleiło. Loggia na Bemowie brzmi jak karoca na szmulkach. Po szmulkach nie zapierdala się karocom, co najwyżej furmankom. Skumałem, że ojciec chce coś ze mną przekminić na osobności, ale nie za bardzo jarzyłem co. Przecież doskonale wiedział, że nie jaram szlugów. -Marek- zaczął jakimś dziwnym, nerwowym szeptem, zamykając drzwi do tego wklęsłego balkonu, jak tylko za nim na niego wszedłem w samych skarpetach. - Tylko nie namawiaj dziś Wojtka na picie. Wiesz, że nie umie się zatrzymać, a w poniedziałek idzie do pracy - wysyczał konspiracyjnie, rozszerzając oczy. Chyba myślał, że jest teraz Jasonem Bournem i przekazuje mi jakąś tajemnicę papieską. - Co ja mogę? Będzie chciał, to się napije. Przecież to wielki chłop, może wypić jezioro wódki i nie ma nawet promila. A poza tym dziś jest czwartek, a robotę ma dopiero w poniedziałek. - Nawet tak nie żartuj, Marek - syczał ojciec. Wyciągnął z paczki papierosa Pall Mall i odpalił od jednorazowej żółtej zapalniczki, uchylając okno, żeby móc wystawić za nie rękę z papierosem po każdym łapczywym sztachnięciu. - Słuchaj Marek- zaczął, wciągając do płuc nikotynę- bo chcę kupić większy telewizor. Pomógłbyś mi jakoś przed Nowym Rokiem przywieźć i zamontować. Sharp chciałem. To dobra firma. Ten stary to już za mały jest, to weźmiemy go do sypialni - mówił, trzymając tlącego się papierosa za uchylonym oknem. Nie wiedziałem nawet, że istnieje jeszcze firma Sharp. Kojarzyłem, że kiedyś robiła te starym magnetofony na kasety. Mieliśmy taki w domu, jak byłem mały. Co to w ogóle jest za nazwa magnetofon? Ja pierdole, a ojciec chciał kupić telewizor. Swoją drogą też chujowo brzmiąca nazwa urządzenia. I to telewizor właśnie tej marki, która w czasach dinozaurów produkowała magnetofony. Sharp, ja pierdole. Siwy z kobyłki ma przecież te najnowsze Sony Bravia po czterdzieści procent ceny. Tylko muszę sprawdzić ilu calowe. - A ile cali byś chciał?- zapytałem, stawiając stopę na stopie, żeby chociaż w jedną nie wpierdolił. - No nie wiem, taki ze czterdzieści pięć- powiedział z zawahaniem w głosie. - Czterdzieści pięć?- zareagowałem szczerze zdziwiony. - To jakiś dziwny wymiar. Nawet nie ma takich chyba. - To ile macie teraz? - No chyba trzydzieści dwa- odparł lekko zakłopotany. - A co? Spojrzałem przez drzwi balkonowe pod kątem na ścianę salonu. Faktycznie, wisiał tam wyjątkowo mały czarny prostokąt w grubej ramie. - Trzydzieści dwa?- zapytałem szczerze zaskoczony. - Jak ty na tym czytasz paski informacyjne w tych swoich Faktach? - Nie no, daj spokój- odpowiedział lekko urażony. - Widzę wszystko. On jest HD ready. - Co on jest? - zamurowało mnie już kompletnie. Dopiero po kilku sekundach skumałem, że ojciec wyjechał z jakąś technologią z czasów, kiedy prezydentem był Kwaśniewski. To były jakieś chujowe telewizory, które wcale nie miały rozdzielczości HD. Tyle tylko, że umiały ją w ogóle jakoś przetworzyć. O ile dobrze pamiętam, wyświetlały co drugą linię obrazu, czy jakoś tak. -HD ready? Tato, teraz pięćdziesiąt pięć cali w cztery K to standard. Ogarnę ci coś, tylko przypomnij mi w poniedziałek. Kurwa, on sam jest HD ready, pomyślałem patrząc na ojca w tym wieśniackim zielonym śledziu założonym do błękitnej koszuli. Nagle zauważyłem na tym krawacie drobny, ledwo widoczny wzór płatków śniegu i łbów bałwanów z marchewkowymi nosami. Spuściłem wzrok, bo aż zrobiło mi się za niego głupio i w szczelinie między jego skórzanym kapciem a nogawką zobaczyłem jeszcze większy przypał. On miał na sobie świąteczne skarpety w Mikołaje. Ja pierdole, nie wiem jak mi to wpadło do bani, ale wyobraziłem go sobie w łóżku z wypiętą tyłem Helenką, a do tego w nałożonej na łeb opasce z zabawkowymi rogami renifera i czerwonej kulce na nosie. Ohydna rzecz. Muszę się wysikać- powiedziałem i zostawiłem go na balkonie z resztką szluga. To był trzeci fragment mojej debiutanckiej powieści Wesołych Świąt. Książka ukaże się nakładem wydawnictwa Wydałem. Taka tam bajeczka, mordo. Zapraszam. Wojtek Sokół.
Rydawarrior dostępny na wszystkich platformach streamingowych
FREE BORTWICK
FREE SMLY
FREE MAJONEZ
FREE RIVALDO111
FREE 4-HO-MET
FREE PWK
FREE BORTWICK
FREE SMLY
FREE MAJONEZ
FREE RIVALDO111
FREE 4-HO-MET
FREE PWK





