O piosenki w których artysta bardziej opowiada o swoich uczuciach do drugiej osoby niż o swoim podnieceniu.
Wiedomo, że czasem to jest trudno rozgraniczyć, ale ruchanie w tym piosenkach ma być ewentualnym finałem a nie celem.
Dlatego wolałbym piosenki o miłości oddzielić od piosenek o seksie.
Zresztą ja o seksie wolę posłachać jak amerykańskie raperki rapują, że mają ładną buzie, świetne cycki i pupę oraz pachnącą i smaczną cipkę, niż jak jakiś facet mi sie produkuje, że jest najlepszym ruchaczem na świecie, bo jak chcesz by cię ludzie za takiego uważali to nagraj sextape, wrzuć do sieci i niech wszyscy sobie ocenią twoje sex skillsy.
Jak kobieta nagrywa seks o ruchaniu to przynajmnie pozytywne jest w tym, że się akceptuje i nie ma kompleksów, bo w naszym patriarchalnym społeczeństwie nadal nie jest takie powszechne, a przyokazji dowiemy sie czegoś ciekawego.
Jak facet zaczyna rapować o swoich uczyciach to wtedy też jest szansa, że dowiemy się coś ciekawego, bo nie tylko musi ruszyć głową, ale przekroczyć pewne społeczne granice i pokazać trochę słabości i czasem przyznać się do porażki.
Ja dość często lubię wracać do Miami Bass i ATL Bass z lat 1995-1999 i właśnie nadrobiając zaległości trafiłem na taką perełkę:
Strip Club Intro
THE 69 BOYZ - Strip Club Luv (1998)
Spoiler
The Isley Brothers - All In My Lover's Eyes (1982)





