Krótkie, ale konkretne. Najlepsza rzecz od Cappadonny od jakiejś dekady, nie żeby urywała dupę, po prostu niezły krążek.
Stu Bangas dba o to żeby to miało ręce i nogi, to jest żeby dało radę to przesłuchać z przyjemnością więcej niż raz. Nie są to niestety jego najlepsze bity w karierze.
Największa lipa to w większości refreny które tutaj wypadają tragicznie. Drażnią też nic nie wnoszące skity które tylko wkurwiają po pierwszym odsłuchu.
Każdy z gości poleciał lepiej niż gospodarz, może poza chłopakami z Sunz Of Man z bonusowego numeru. Mimo to i tak darzę Cappe sympatią - poza oczywistymi powiązaniami z Wu Tangiem za duży dystans do siebie, bo trzeba go mieć nazywając płytę "Black Tarzan" i zobrazować ją taką okładką.
Przypominam, że wcześniej nagrał płytę "Black Is Beautiful" z okładką też robioną chyba w paincie. Gość w ogóle chyba ostro oszczędza na okładkach i przy okazji bitach, był czas, że był bezdomny, ale to już trochę czasu temu.
Nawet trochę się jaram, jeden z naprawdę porządnych albumów w jego karierze, chociaż jak zwykle u niego nie powala ani liryką, ani flow, to lubię go czasem posłuchać, chociaż większość jego dyskografii to lipa w chuj.
Dużo bardziej czekam na nadchodzące kolabo między Stu Bangasem a Chino XL, to może być naprawdę dobre!