Co do tej popularności i zasięgu rapu (których oczywiście nie neguje, a wręcz sam miałem swój mały udział w otwieraniu oczu pokazując nauczycielowi ówczesny chart najpopularniejszych wykonawców na Spotify i sprzedaży na OLISie, gdzie nie-raperzy byli pojedynczymi wyjątkami), to nieironicznie chciałbym zobaczyć jakieś badanie, opracowanie, kurwa nie wiem, cokolwiek statystycznie i realnie porównujące zasięg rapu z naszym, swojskim disco-polo.
O ile od kilku dobrych lat wyświetlenia rapowe szczególnie mnie nie szokują, a będące aktualnie trendy single prędzej czy później słyszę z przenośnego jbla w skateparku, pod mcdonaldsem czy gdziekolwiek i chodząc po imprezach nie poddaje pod wątpliwość faktu, że ktoś napierdolił te 10 milionów kliknięć przy jakimś Sobelu albo Kizowniku, bo zwyczajnie sam byłem tego świadkiem.
TYMCZASEM wcale nie gorsze/lepsze liczby robi niezmiennie - jak lubię to nazywać - newschoolowe disco-polo, czyli nadal przaśne i proste hity, ale opatrzone dojebanymi teledyskami w klubach go-go, jachtach w zatoce kalifornijskiej, na festiwalach przy skaczących tysiącach ludzi. Przykładowo
taki numer nabił 82 miliony wyświetleń,
ten ma 76 milionów w 3 miesiące,
tutaj 61 milionów w mniej niż rok, a ja przy mniej lub bardziej aktywnym życiu towarzyskim nie słyszałem ich kurwa ani razu.
Biorąc pod uwagę, że nawet wiadomy, rewolucyjny singiel Kizo (który swoją drogą sam ironicznie nazywa siebie królem disco-polo, więc widać nawet kto aspiruje do kogo) to 125 milionów w przeszło rok mam niemały dysonans poznawczy, bo sympatycznego nosacza słyszałem wręcz mimowolnie, w autobusach, idąc na autobus, na wiejskim festynie, na domówce, leciało to kurwa wszędzie i nie miał zamiaru się smucić kurwa każdy, natomiast te gargantuiczne cyfry disco-polo są dla mnie tak abstrakcyjne, że prawdopodobnie żyję w wielkomiejskiej studenckiej bańce zupełnie ignorującej cudze trendy, a to źle, bo tacy ludzie budzą się nagle i po wyborach są zaskoczeni jak to kurwa PiS z 44%, przecież nie znam nikogo głosującego na PiS.
A, no i dodatkowo zawsze ciekawił mnie fakt poziomu życia czynnych koncertowo gwiazd jednego i drugiego gatunku. W sensie, Quebonafide już dobre cztery/pięć lat temu trzaskał drzwiami Porsche, Taco z tego co kojarzę przeprowadzał się do Londynu, no krótko mówiąc topka PLHH od lekko pół dekady żyje bez kompleksów i zarabia poważne siano, ale czy chłopacy z podlinkowanego zespołu VIVAT mają tak samo z tych wszystkich dni miasta, dożynek i tym podobnych? Czy polski raper robiący 100 mln odtworzeń rocznie = polski disco polowiec robiący 100 mln odtworzeń rocznie? Bo przykładowo wśród youtuberów czy influencerów nie jest tak za chuj i dwa teoretycznie bliźniacze (liczbowo) kanały nierzadko dysponują dwoma zupełnie rozbieżnymi potencjałami co do uzyskiwanego hajsu - w grę wchodzi tematyka, aparycja, usposobienie, publika i jeszcze w chuj innych czynników.