Świetna rzecz, te krótkie kawałki przelatują przez twój łeb jak walec i nie dają ci ani chwili wytchnienia. Po poprzedniej, jak dla mnie, nieco wygładzonej i ugrzecznionej płycie, słychać powrót do agresywniejszego brzmienia. Podoba mi się riff w
You Can Suck My Dick, szkoda tylko, że w takiej muzyce nie dogrywa się jakichś porządnych partii gitarowych i wszystko brzmi tak syntetycznie, a może i dogrywa właśnie, tylko tak to masterują, żeby nie napierdalało po uszach jak u jakichś Amon Amarth i fan trapu mógł to jeszcze przełknąć. Fajne punkowe podejście do długości numerów i całości materiału, dostajemy skondensowany produkt, który mimo swojej intensywności, nie zmęczy nas aż tak bardzo. Cieszę się, że nie ma żadnych zblazowanych gościnek, tylko Zilla i Mula wchodzą, robią swoje i wychodzą, pozostawiając po sobie zgliszcza. Odnoszę wrażenie, że to ich najlepszy materiał, nie ma tu miejsca na żadne kompromisy, nie ma żadnego śpiewanka w stylu
Minimizya z poprzedniego albumu.
Yellow Piss zasługuje na osobny bowdown, zajebiście Zilla sobie tam szczeka. W ogóle Zilla > wieśniak Sosmula, wiadomo. Muzyka na wkurwa i lepszy shot energetyczny od puszki monsterka. Mogliby nagrać płytę z metalowym bandem, żeby było czuć moc, bo jak ktoś siedzi w metalu, to chujowo się słucha takiej cienkiej perkusyjki i riffów gitarowych z fl studio, ale przecież to nie metal więc oki, elo
P.S. Jak tak teraz sobie myślę, to takie
Live Fast Die Whenever jest w chuj lepsze od tego, bo jakoś mi się skojarzył tamten materiał z tym, może przez tę krótką formę i kolorystykę okładki
