Pierwotnie chciałem się trochę przyczepić. Bo, nie będę ukrywał, organizacyjnie nie wszystko zagrało - Planica po prostu nie jest moim zdaniem przygotowana na więcej niż 20 tysięcy ludzi - w sobotę było 31 tysięcy, w niedzielę prawie 27 tysięcy.
Na skocznię prowadzi jedna droga dojazdowa, dookoła skoczni dróg też na lekarstwo - można nadłożyć drogi i jechać przez Austrię czy nawet przez Włochy, ale po prostu fizycznie nie ma możliwości, aby wszystkie samochody/autobusy zmieściły się na drodze.
Efekt tego był taki, że w niedzielę autokar, którym jechaliśmy był w Jesenicach o 8:00, a pod skocznią był chwilę przed 11:00. Trzydzieści kilometrów.
I to jest jedyna rzecz, która mi się w Planicy nie podoba, bo trzeba mieć cierpliwość do stania w korkach. Nie będę odmawiał Słoweńcom tego, że się nie starają - busów wożących kibiców za darmo (trzeba mieć bilet na skocznię) jest kilkadziesiąt, jak nie setka, wolontariuszy jest w bród, widoczni, życzliwi, chętni do pomocy, ochrona restrykcyjna pierwszego dnia (dość powiedzieć, że widziałem ochroniarzy chodzących po widowni i zabierających butelki z np. winem, gdy tylko się na takie napotykali), ochrona mająca totalnie wszystko w dupie trzeciego dnia... Spotkałem ludzi spod Zakopanego, którzy opowiadali, że organizacyjnie w porównaniu z Zakopanem jest przepaść na korzyść Planicy.
Jedyne, czego mogę szczerze żałować, to dwóch rzeczy - braku słońca w niedzielę i kutasiarzy od belek, którzy robili wszystko, byleby nikt się na rekordy nie zamachnął. Ale lot Forfanga ładny.
No i najważniejsze - udało się spełnić marzenie.
Po zawodach w niedzielę mistrz cierpliwie podpisywał wszystkim autografy, flagi, robił sobie zdjęcia z ludźmi gdzieś tak do 14:00. Autograf jest, fotka z mistrzem jest. Mógłbym napisać, że teraz tylko powodu, by jechać do Planicy nie ma, ale to jest uzależniające miejsce.
Choć mam wrażenie, że gdy Pero Prevc kończył karierę, to na Letalnicy było jednak ciut głośniej...