•
03:12 – Peja mówi, że po pięćdziesiątce zmieniło mu się właściwie wszystko. Coraz większą wagę przykłada do zarządzania własnym czasem i wolności – szuka spokoju, kontaktu z naturą, jeździ rowerem, chodzi do lasu i próbuje ograniczać bezmyślne siedzenie w telefonie.
•
05:36 – do nagrywania każdej nowej płyty nadal stara się podchodzić tak, jakby robił to po raz pierwszy. Wspomina nieskrępowaną radość z podwórkowego tworzenia muzyki, zanim pojawiła się presja odbiorców i branży.
•
07:20 – twierdzi, że ma już tak obszerną dyskografię, że teoretycznie mógłby ułożyć kilka całkowicie różnych setlist koncertowych bez powtarzania numerów. Sam rzuca nawet przykład dziesięciu koncertów po 15–20 kawałków, choć przyznaje, że to trochę naciągane.
•
08:35 – rozwija temat „młodzieńczego buntu”. Uważa, że nawet jeśli pojedynczy człowiek ma niewielką możliwość zmienienia świata,
warto zabierać głos. Według niego milczenie wobec pewnych rzeczy może być formą przyzwolenia.
•
09:58 – mówi, że dorośli często zabijają w sobie potrzebę kwestionowania rzeczywistości. Praca, obowiązki i codzienne życie sprawiają, że ludzie stają się trochę „pionkami systemu” i coraz rzadziej zadają głębsze pytania o to, co pokazują im media czy oficjalna narracja.
•
10:39 – krytykuje bezrefleksyjność części współczesnego rapu. Zaznacza jednak, że problemem nie jest sam autotune, tylko mniejsza autentyczność i zawartość merytoryczna tekstów. Jednocześnie podkreśla, że poza mainstreamem nadal istnieje masa ludzi robiących rap według bardziej staroszkolnych zasad.
•
11:59 – mówi, że po szczycie popularności przy „Na legalu?” i późniejszym drugim piku przy „Reedukacji” świadomie zszedł bardziej do undergroundu. Nie utożsamia się z tym, czym stał się rapowy mainstream, i nie chce go reprezentować.
•
15:07 – ciekawa analogia dotycząca lat 90.: kupno dobrego gramofonu było dla nich wtedy niemal odpowiednikiem dzisiejszego kupna Lamborghini. Prestiż dawały Technicsy, kolekcja płyt, wiedza o muzyce i umiejętności, a nie luksusowe przedmioty.
•
18:20 – wspomina, że jeszcze przed „Na legalu?” był recenzowany w „Machinie” przy okazji składanek. Kontrastuje dawną prasę muzyczną, gdzie recenzent musiał faktycznie przesłuchać materiał, z dzisiejszym ocenianiem muzyki na podstawie komentarzy w internecie.