baqlashan pisze: ↑24 wrz 2026, 19:01
Tolkien to po prostu jeden z tych autorów do których się dorasta.
Problem Tolkiena tkwi w tym, że to stosunkowe proste książki i lektura w późniejszym wieku nie jest w stanie wydobyć na światło dzienne uprzednio przeoczonych wątków, zwłaszcza jeśli sięgnąłeś także po Silmarilion stanowiący klucz do zrozumienia jego literackich zamierzeń (aczkolwiek nawet w tym chujowym wydaniu z tłumaczeniem Łozińskiego masz pod koniec obszerne eksplikacje dotyczące językowych zagadnień, które z łatwością naprowadzą niedzielnego czytelnika na właściwy trop).
Zresztą to przecież ten Silmarilion jest jego najlepszą książką, bo w końcu, nieniepokojony koniecznością tworzenia spójnej opowieści z wiarygodnymi psychologicznie bohaterami, może się skupić na tym, co potrafi najlepiej i twórczo trawestuje bogaty dorobek mitologiczny przedchrześcijańskiej Skandynawii i Germanii.
Dorosły człowiek wracający do Władcy pierścieni może co najwyżej odkryć gimmick z underdogiem w roli głównej (który faktycznie jest wtedy czymś nowym, bo wszystkie te mitologie i francuskie nudziarstwa o Okrągłym Stole upatrują zbawienia w walecznym rycerzu, a nie pizdowatym hobbicie) i nietypowość Boromira, który jest bodaj najżywszą z występujących tam postaci.
Tak samo wrażenie na nim może zrobić technokratyczny Saruman uprzemysławiający podległą mu ziemię i prowadzący politykę ekonomiczną podporządkowaną wysiłkowi wojennemu, co przecież współgra z faktem, że sam autor miał możliwość partycypowania w pierwszej wojnie światowej i dorastania w kraju silnie dotkniętym także negatywnymi skutkami industrializacji - Isengrad i Shire to lustrzane odbicia angielskich miast nad którymi unosiły się gęste kłęby dymu z okolicznych stalowni.
I to niestety tyle, prawie cała reszta to bajeczka i hołd złożony mitologiom i językom, co zresztą potwierdzają dyskusje samego fandomu, których w porywach błyskotliwości stać co najwyżej na rozkminy o tym, czy ptaki mogły zanieść pierścień do Mordoru