Re: Jay-Z - The Blueprint (2001)
: 03 kwie 2023, 14:24
Ulubiona płyta od niego, Black album sie nie umywa.
Ktoś porównał Jaya Z do Kaza w komentarzu, więc:Marcin Flint na FB pisze:25 lat "Blueprintu". Byłem tym typem, który za Nasem pytał, ile rymów Biggiego spłynęło z tych wielkich war. Po debiucie żadna płyta Jaya do 2001 r. nie była dla mnie zajebista - "Big Pimpin" słuchałem, bo UGK i Timbaland, a "Money, Cash, Hoes" bo DMX i Swizz Beats. Ale kiedy wyszedł "Blueprint" skończyłem z hejtingiem i uprzedzeniami, bo to było szefostwo, rzecz tak smooth i slick, że nie nudziła się po żadnej liczbie powtórzeń. Prawdziwy album i prawdziwy komfort.
Wrzucam "Renegade", bo gdybym miał wybrać 10 numerów hip-hopowych wszech czasów, to by było. Po pierwsze - fajnie byłoby odhaczyć Jaya i Eminema za jednym zamachem numerem, w którym pokazują wszystko, co mają najlepszego. Po drugie - to jest pięć i pół minuty. Nie żyję w prożni, więc dziś zaczynam się rozglądać przy wszystkim, co ma powyżej trzech minut. A tu nie wiem, kiedy ten czas mija. Po trzecie - wszyscy achy i ochy nad Eminemem, zasłużone, ale Jay tu dwoma wejściami nakręcił nowojorski odcinek "The Wire" i napisał postmodernistyczny esej o hiphopie jako medium. Po czwarte - ta okolicznościowa wersja z napisami pojawiającymi się na bieżąco pozwala w pełni zwrócić uwagę, jak to jest polepione i co zawiera. Kunszt.
Marcin Flint na FB pisze:miał Jay takie gadane flow - jedno z wielu - które można by porównać do Bałagana i którym np inspirował się Eis. Ale ogólnie należy pamiętać, że tam płynął czas, zmieniały się mody - on inaczej nawijał na południowych bitach, inaczej na Preemo, inaczej w złotej erze, a jeszcze inaczej w latach zerowych. Zawsze dobrze. Kaz jest zaś dla mnie w pełni słuchalny dopiero powyżej "Narkopopu" - ostatecznie opanował głos, zaczął bardziej miękko siadać na bicie, mniej cedzić, częściej i zgrabniej to flow switchował. Dla mnie nadal trochę cyrkuje - za dużo adlibów, modulacji, nadal za dużo pauz.
"Blueprint" jest smooth, natomiast pamiętam jak ciężko mi się słuchało jayowego unplugged, gdzie mu grali Rootsi. Rozumiem synkopy, jazzowość flow, i to że bez drobnych nierówności to by nie płynęło. Ale tam to było tak wyeksponowane, że miałem poczucie dysonansu i za cholerę nie byłem się w stanie przy tym wyczilować.