Dużo prawdy w poście wyżej. Zupełnie inne były realia i też inne postrzeganie hip-hopu. Jacyś socjolodzy czy kulturolodzy dość słusznie upatrywali w nim następcy punk rocka, opowiadającego o problemach społecznych, biedzie, bezrobociu i twardym, czasem bandyckim, życiu. Stanowił bunt wobec rzeczywistości. I w tym kontekście radziłbym spojrzeć na napisany przeze mnie akapit:
gods bidness pisze: ↑04 lut 2022, 11:45
A Mezo? Nie golił łba na łyso, zamiast szerokich spodni i bluz z kapturem, nosił jakieś koszulki z kołnierzykiem, składał rymy typu idzie ryba niezła dzida wędka spławik, grał koncerty organizowane przez policję, nie miał nawet PR-owego wyczucia czego nie wypada robić w świecie hip hopu.
Do tego pojawił się biznesmen Remik, który rozumiał popularność gatunku, ale wiedział, że główny komercyjny target jest dalej szerszy i stanowią go Grażyny i Haliny i bywalcy Manieczek, a nie blokersi spod klatki w bluzach z kapturem. Więc pchał te hity na siłę do radiostacji i telewizji, co nie podobało się tym "prawdziwym" hip hopowcom i trudno im się dziwić, bo hip hop zaczął być szeroko i powszechnie postrzegany przez pryzmat tych hitów biesiadnych, a nie muzyki twardych buntowników z bloku. Dodatkowo robili na tym kupę hajsu, więc to był kolejny kamyczek do wkurwiania się na nich. Stąd taka reakcja środowiska na wyczyny UMC and co. Wtedy rap był dość hermetyczny i był elementem subkultury, a nie jak dziś popkultury. A w ramach tej subkultury takie hip-hopolowe wynalazki się nie mieściły.
Dzisiaj czasy są zupełnie inne, opowiadanie w rapie o tym jak komuś jest źle i ciężko dawno się stało krzywdzącycm stereotypem, więc jest dużo większa dowolność, na świecie jest pełno raperów, którzy nigdy nic nie mieli wspólnego z tą subkulturą sprzed 30-20 lat, 3/4 niuskulowych raperów to jakieś wycia na autotunie i 5 wersów na krzyż w całym kawałku. Ale wszyscy oni i tak już nie wychowywali się w etosie hip-hopu jako subkultury, bo taki z każdym rokiem zanikał. I tutaj można by się zastanawiać nad kura czy jajko.
I teraz sobie można pierdolić jak to hip-hopolo wyprzedzało czasy, choć moim zdaniem to dalej bzdura, bo nie było tak, że tematyki zabawy czy podrywania dziewczyn "prawdziwi" raperzy nie dotykali. Robili to ale jednak w przyjętej hip-hopowej konwencji, nie ugrzeczniali swoich kawałków pod radio i nie łączyli z biesiadnym brzmieniem. Weźmy takie Scooby Doo Liroya, zrobione w 1995 roku, dalej ten kawałek dobrze brzmi i spełnia swoją imprezową rolę. Weźmy Letnią Miłość WFD z 1998. Weźmy Salsę OSTRego z jakiegoś 00/01 roku. Weźmy pełno innych. Dalej jest to lekka tematyka, o imprezach, dziewczynach itd., ale jednak podana w hip-hopowej konwencji, przez gości którzy uznanie zdobyli, robiąc tzw. prawdziwy rap. I nikt się do nich nie przypierdalał.
A tu nagle pojawia się wysyp gości znikąd, którzy wydają się nie mieć jakiegokolwiek zrozumienia dla hip-hopu jako subkultury, nie znają klasyków, ale widzą, że to modne, więc robią rap "po swojemu", a to "po swojemu" wyrosło na inspiracjach jakimś disco polo i pop dancem. I wyszło, co wyszło. Mezo miał wszelkie możliwości, żeby się zrehabilitować, tak jak zrobił to Trzeci Wymiar, ale mu nie zależało, wręcz przeciwnie, wolał w to brnąć i mu wyszło, że będzie polskim Willem Smithem (choć Will Smith miał to szczęście, że nie nasiąkł wpływami disco polo i swój wesoły i grzeczny rap robił jednak z większym smakiem). No i też skończył jak Will Smith. W sensie jako raper. Will Smith jest dzisiaj aktorem, nikt go z rapem nie kojarzy. Mezo aktorem nie został, więc właściwie zniknął. C'est la vie.