Batman dobry a nawet bardzo dobry, chętnie zobaczę drugi raz, aczkolwiek "TDK" nadal pozostaje dla mnie najlepszym Nietoperzem.
Scenariuszowi bliżej do "Se7en", "Zodiaca" i "Piły" niż do typowego superbohaterskiego kina akcji - no i super, czemu nie. Fabularnie nawiązuje trochę do komiksu "Year one" (młody, niedoświadczony Batman nie raz i nie dwa wyłapuje wpierdol i potem liże rany) i "Long Halloween", ale raczej tylko w kwestii wypożyczenie postaci i rekwizytów, niż samej historii.
Wizualnie wygląda świetnie - analogowo - różne rozmycia świateł od deszczu i mgły, jakieś lightleaki, bokeh w tle, zielenie i żółcie jak z cross-processingu. Aczkolwiek to że 90% filmu dzieje się w nocy i w deszczu zaczyna pod koniec trochę nużyć. "Analogowość" świata, zahaczająca lekko nawet o steampunk, z jednej strony jest miłą odmianą po hiper-nowoczesnych slick gadżetach Nietoperza z poprzednich odsłon, z drugiej strony trochę się gryzie z obecnością streamingów i telefonów komórkowych.
Obsada w większości dobrana świetnie. Zoe Kravitz jako Kobieta-kot wygląda bardzo atrakcyjnie ale nie wulgarnie (no dobrze, musiała być scena zrzucania ciuchów bo producent wycofałby kasę), w rolę wciela się bardzo dobrze; ciut zgrzyta tylko kiedy w usta wkładane jej są
woke deklaracje o białych uprzywilejowanych ludziach albo cringe'owe
attempts at humor. Turturro - klasa, wiadomo; Farell jako Pingwin nie do rozpoznania dzięki
prosthetics zakrywających pół twarzy, ale wypadł świetnie, mam wrażenie że nawet przebił Danny'ego De Vito. No i wielką zaletą jest to że złole mają tu swoje osobowości i grają, a nie są po prostu kolejnymi fanservice'owymi pokemonami do kolekcji jak w ostatnim "Spidermanie". Ciekawym eksperymentem było też obsadzenie Andy'ego Serkisa w roli Alfreda - z racji fizjonomii kojarzony jest raczej z rolami schwarzcharakterów, tutaj dostał rolę
lawful good... a jednak pykło.
Fatalnie natomiast zagrała czarnoskóra kandydatka na burmistrza, a komisarz Gordon - poza jedną sceną - był dla mnie przezroczysty. Coś jak w "Lego Batman", jego rola sprowadzała się do wołania Batmana i pytania o co chodzi z tymi zagadkami. (Dodatkowo wyglądał jak
ten prezenter-gwałciciel z mema). A sam Pattison? Póki jest w masce, jest dobrze; z gołą twarzą staje się nierozumianym emo-nastolatkiem z pomalowanymi oczami (mmmm Twilight), więc tak średnio bym powiedział.
Props za brutalne obijanie ryjów. Minus za podniosłe patetyczne kwestie i monologi - jeśli już szli w stronę realizmu, mogli je sobie darować, bo trochę siara.