Murzyn idź się udus a nie illmatica słuchasz
Jebać ciebie dosłownie oraz illmatica też
Od lat słyszę to samo – „Illmatic to Biblia”, „Najlepszy album w historii hip-hopu”, „Nas przepowiedział przyszłość”. Przestańcie. To jest kwadrans nudy zapakowany w kasetę, którą w 94’ chwalili ludzie w pękatych spodenkach. Ostrzę łyżwy na tym „arcydziele”:
1. Bity jak z automatu do żwirków – Słychać, że DJ Premier nagrywał to na zepsutym commodorze. „NY State of Mind” – ten sam sample co w każdym drugim utworze. Zero polotu, werbel suchy jak wytłumaczenie typa, że nie przyjdzie na grilla.
2. Teksty Nasa – chłopak miał 20 lat i myślał, że filozofuje. „Life’s a bitch and then you die” – głębokie jak kałuża na podwórku. Połowa zwrotek to wyliczanki: „gun, money, hunger, crime”. Nowy Jork w ruinie? Weź popatrz na bloki na Targówku, tam jest ruina, a nie jakieś twoje Queensbridge Project.
3. Każdy bit brzmi jakby deszcz lał przez 40 minut – dosłownie utopiłbym się w tym mroku. Gdzie jest chociaż jeden podskok? Banger? Nic. Przez pół płyty czekam, aż coś wybuchnie, a tu dalej sączy się ta melancholia dla studentów socjologii.
4. Porównania z Polską – jak ktoś mówi „Polski Illmatic”, to kaleczenie obu dzieł. Wolska postawiłaby to na deski. Chociaż O.S.T.R. robił klimat bez tego smrodu zadęcia.
5. No i co z tego, że twoja pierwsza płyta była ok jeśli potem zaliczyłeś „Nastradamus” i „Hip Hop Is Dead”? – Illmatic żyje tylko dlatego, że ludzie boją się przyznać, że usnęli przy trzecim kawałku.
Podsumowanie: Illmatic to najnudniejsza płyta dla kozaków, którzy na osiedlu boją się zapytać o godzinę. Dajcie mi raczej „Doggystyle” albo „The Infamous” – tam jest jaja i taras. A Nas? Niech se ogląda backstage KRS-One.
