Re: Najwięksi przegrani
: 16 gru 2019, 14:06
Nie rozumiem połowy ksyw padających w tym temacie.
Przecież taki Szyna czy Dejan to raczej podwórkowi (nie szydząc, chodzi mi o skalę popularności oczywiście) raperzy z kategorii "może kiedyś, coś tam", a nie prawdziwi przegrani, nad którymi wzdychają rzesze ludzi. Przede wszystkim, z tego co kojarzę zarówno jeden jak i drugi porzucił mikrofon na kołku z powodu niezadowalających wyników. Ja jako "przegranego" w ramach naszego tematu rozumiem bardziej gości, którzy mieli (i to dosłownie na już, nie że A GDYBY RAPOWAŁ DO TERAZ) mainstreamowy sukces na wyciągnięcie ręki, a mimo to z własnych, niezrozumiałych pobudek stwierdzili "ech, jebać" i odeszli ze sceny nie zabierając z niej należnego kawałka tortu.
Wspomniany Szyna czy PeeRZet byli raczej spokojnymi wyrobnikami, którzy przez charakterystykę swojej twórczości (bumbapowiec truskul - panczlajner stawiający ilość wielokrotnych ponad sens kawałka) nie oszukujmy się - potrzebowaliby jakiegoś kataklizmu żeby nagle drastycznie wyskoczyć z popularnością i nie chodzi o żadnego pecha do kariery przez którego przegrali, a zwyczajnie średniactwo.
Przykładu Sławów tym bardziej nie rozumiem, bo przypominam, że przez pierwszych kilka albumów (w tym pierwszy legal w tym niemrawym Embryo) rap był dla nich boczną zajawką do którego zapewne dokładali finansowo i przed trzydziestką ich perspektywami była popularność na slizgu i własnej ośce, tymczasem nagle wstrzelili się w boom na newschool robiąc zgrabną kosmetykę swojej stylistyki i grają na wielkich scenach zapełniając miejsca normikami, o jakich jeszcze kilka lat wcześniej by nie śnili. Według mnie i tak wycisnęli 150% z tych mocno średnich płyt i zawsze potrzebuję liścia na odmułkę żeby połączyć fakty, że serio to te same śmieszki od Muzyki Kozackiej skaczą na Woodstocku czy moich Juwenaliach.
Przecież taki Szyna czy Dejan to raczej podwórkowi (nie szydząc, chodzi mi o skalę popularności oczywiście) raperzy z kategorii "może kiedyś, coś tam", a nie prawdziwi przegrani, nad którymi wzdychają rzesze ludzi. Przede wszystkim, z tego co kojarzę zarówno jeden jak i drugi porzucił mikrofon na kołku z powodu niezadowalających wyników. Ja jako "przegranego" w ramach naszego tematu rozumiem bardziej gości, którzy mieli (i to dosłownie na już, nie że A GDYBY RAPOWAŁ DO TERAZ) mainstreamowy sukces na wyciągnięcie ręki, a mimo to z własnych, niezrozumiałych pobudek stwierdzili "ech, jebać" i odeszli ze sceny nie zabierając z niej należnego kawałka tortu.
Wspomniany Szyna czy PeeRZet byli raczej spokojnymi wyrobnikami, którzy przez charakterystykę swojej twórczości (bumbapowiec truskul - panczlajner stawiający ilość wielokrotnych ponad sens kawałka) nie oszukujmy się - potrzebowaliby jakiegoś kataklizmu żeby nagle drastycznie wyskoczyć z popularnością i nie chodzi o żadnego pecha do kariery przez którego przegrali, a zwyczajnie średniactwo.
Przykładu Sławów tym bardziej nie rozumiem, bo przypominam, że przez pierwszych kilka albumów (w tym pierwszy legal w tym niemrawym Embryo) rap był dla nich boczną zajawką do którego zapewne dokładali finansowo i przed trzydziestką ich perspektywami była popularność na slizgu i własnej ośce, tymczasem nagle wstrzelili się w boom na newschool robiąc zgrabną kosmetykę swojej stylistyki i grają na wielkich scenach zapełniając miejsca normikami, o jakich jeszcze kilka lat wcześniej by nie śnili. Według mnie i tak wycisnęli 150% z tych mocno średnich płyt i zawsze potrzebuję liścia na odmułkę żeby połączyć fakty, że serio to te same śmieszki od Muzyki Kozackiej skaczą na Woodstocku czy moich Juwenaliach.