Nie pamiętam, kiedy widziałem ostatni raz na żywo tak dobrze grającą drużynę (mowa tu o Fiorentinie) i oczywiście sporo jest w tym winy Lecha, który po bramce na remis najprawdopodobniej uznał, że swoje już zrobił, Braga u siebie z Fiorentiną 0:4, Sivasspor 1:4 ale strzelili gola dopiero w 35 minucie, więc jest dobrze, dobrze chłopaki robią i dobry przekaz leci.
Włosi po prostu znaleźli frajera i go udusili, zrobili to na spokoju, po czwartej bramce odpuścili, a pomimo tego i tak Lech nawet nie pierdnął. Pal licho wyszkolenie techniczne, ale z trybun było widać, jak bardzo mentalnie piłkarze nie udźwignęli ciężaru tego spotkania - dla mnie symptomatyczna była sytuacja, w której Pereira chciał wrzucić piłkę z autu, natomiast czterech piłkarzy Lecha co chwilę biegało dookoła, pozorując wystawienie się do piłki. No i końcówka, w której gdy w końcu Lech podszedł w okolice pola bramkowego Violi, a piłkarze tylko do siebie podawali, naiwnie licząc na to, że w końcu zrobi się dziura zamiast nawet próbować oddać strzał. W rezultacie nie było ani tego, ani tego, bo jedynie piłkarze Lecha robili dziury, a w zasadzie kratery.
Fiorentina w sumie nie grała wybitnie skomplikowanej piłki - dużo wrzutek, dużo strzałów - ale było widać, że to jest nieosiągalny dla Lecha poziom, zwłaszcza, jeżeli chodzi o grę z pierwszej piłki (wystarczyło, gdy jeden z Fiorentiny podaje drugiemu, drugi natychmiast oddaje, a już zostawali bez krycia).
Wydawało mi się z trybun, że Bednarek nie zagrał aż tak chujowo, ale po analizie powtórek jednak widać, że nie był wartością dodaną. No, ale w sumie kto wczoraj był? Piłkarze, z których wyszło, dlaczego grają w Ekstraklasie, a nie na zachodzie Europy? Trener, który nie miał kim rozgrywać i kogo wpuścić? Czy może Artur Sobiech, nasz polski Torres, którego kilkanaście minut na murawie weszło już do kanonu światowego futbolu? Bardzo długo szukałem aplikacji, w której dowiedziałbym się, ile ten ancymon miał kontaktów z piłką, bo patrząc na żywo nie naliczyłem ani jednego.
Patrzyłem niedokładnie, bo w ciągu kilkunastu minut pan Artur dwa razy dotknął piłki i raz przegrał pojedynek w defensywie. Mam żal, że załapał się wszędzie do słynnej rubryki pod tytułem
grał zbyt krótko, by go ocenić, bo tego, co pokazał to nawet parodią ocenić nie można.
To było swoją drogą piękne - van den Brom wpuszcza Sobiecha, a w odpowiedzi dystyngowany włoski dżentelmen, signore Vincenzo Italiano wpuszcza Lukę Jovicia XDDDDD
Ach, byłbym zapomniał - doping niby w porządku, ale jak po czwartej straconej bramce usłyszałem motywującą przyśpiewkę:
ZAWSZE I WSZĘDZIE POLICJA JEBANA BĘDZIE
to bardzo się pilnowałem, aby nie wybuchnąć śmiechem.
Na całe szczęście po meczu panowie piłkarze prócz podziękowań zostali poproszeni o rozpierdolenie w niedzielę niepopularnego rywala ze stolicy więc gut gut, jest super.