sałntrak:
https://www.youtube.com/watch?v=c_jomXhjUjI
Nudze sie na urlopie w chuj i znowu mi epizod manii wchodzi, takze kurwa elo
Podobno podczas pisania, które to zazwyczaj odbywało się nocnymi godzinami, Franz Kafka potrafił śmiać się tak głośno, że następnego dnia sąsiedzi przychodzili do niego ze skargami. Taką krótką anegdotkę o Żydzie urodzonym i mieszkającym przez większość życia w Pradze za czasów Monarchii Austro-Węgierskiej usłyszałem od Davida Fostera Wallacea, popularnego amerykańskiego pisarza podejmującego głównie tematykę uzależnień i wpływu szeroko pojętej rozwiązłości na kondycję duchową człowieka, w jednym z jego wywiadów dla niemieckiej telewizji. Sam DWF, jako wykładowca akademicki, miał trudności z omawianiem ze studentami "Kafki", gdyż, jak twierdził, większość z nich nie wpadło na pomysł, żeby zacząć próbę analizy dzieł Żyda od przyjęcia założenia, że może on być... zabawny. Bo jest. Naprawdę. Ale jeśli czytasz te całkowicie absurdalne, karykaturalne i zbudowane na bazie najgłębszych ludzkich lęków i najstraszniejszych koszmarów nowelki i opowiadania i potrafisz się gdzieś tam pod wąsem uśmiechnąć, to prawdopodobnie cierpisz na to samo, co Kafka kiedyś - i nie mówię tu o gruźlicy, która wykończyła go kilka lat po I Wojnie Światowej. Równie dobrze możesz mieć to samo, co on, jeśli te nowelki cię nie śmieszą, ale tak naprawdę, naprawdę przerażają. Powodują, że dostajesz ataków paniki i zimnych potów, bo masz wrażenie, że byłeś tam kiedyś. Bo perspektywa bycia POSTRZEGANYM jako karaluch wydaje ci się naprawdę, naprawdę przerażająca i, mimo absurdu tego założenia, jakoś dziwnie realna i, co gorsze, znajoma. Jeśli to, co piszę, jakoś z tobą rezonuje, to pewnie masz na tyle empatii, że rozumiesz, czemu Kafka mógłby uważać, że to wszystko jest naprawdę, naprawdę zabawne i tłumaczy jego nocne ekscesy, bo w pewnym sensie JEST zabawne, bo naprawdę smutne i to za bardzo nie ma sensu, no bo przecież u Kafki nic nie ma sensu (plot twist: to wszystko ma sens, niestety, naprawdę). Więc pewnie jeśli odfajkowałeś niektóre powyższe (no i jeśli masz tzw. daddy issues - tu odsyłam do przestudiowania relacji Kafki juniora z Kafki seniorem), to możemy założyć, że zapewne masz to samo, co on kiedyś. Gratulacje, nie zazdroszczę.
Pomijając długie streszczanie całego wątku - w Przemianie głównym bohaterami są Gregor i jego rodzina w składzie rodzice plus młodsza siostra. Przemiana jest o tyle przerażająca, że przedstawia najgorszy z możliwych scenariuszy. Najstraszniejszy ze strasznych, przerażający, naprawdę. Po prostu Przemiana się stała (czy naprawdę, czy tylko w głowie, do tego zaraz dojdziemy). Gregor jest dobrym chłopcem. Trochę samotnik, trochę pracoholik. Praktycznie sam utrzymuje całą rodzinę ze swojej pensji i regularnie odmawia sobie typowo męskich przyjemności, jak pójście "w miasto" i trwonienie ciężko zarobionej floty na przyjemności. Wieczorami woli przesiadywać w domu z rodziną, dla której i tak jest w pewnym sensie "obcy". Można zauważyć, że najbliżsi wykorzystują młodzieńca - ojciec ukrywa przed nim fakt, że zostało mu jednak trochę majątku, a do czasu całkowitej niemożności syna, żadne z trio ojciec, matka, córka nie para się jakąkolwiek fuchą. Tu już przedstawiona jest pozycja Gregora w rodzinie. Niejeden wykopowicz czy użytkownik czanów rozpoznałby w nim tzw. providera - samca omega, czy co tam jest niżej od bety. Bardzo zdolnego, jednakże ze względu na braki w umiejętności prawidłowej socjalizacji, zepchniętego na sam dół drabiny społecznej. Oczkiem w głowie rodziców jest siostra bohatera, która szykowana jest do wkupienia sie w wyższe sfery drogą małżeństwa. Dziewczę wszakże jest urodziwe i uzdolnione, bo pięknie zacina na skrzypcach. Tymczasem Gregor w zdrowiu jest konieczny by zapewnić jej materialny status, w chorobie - całkowicie zbędny. Ona zresztą całkowicie to rozumie i mimo niekoniecznie szczerej chęci i próby opieki nad stworem, pierwsza proponuje pozbycia się go, co całkowicie go już uśmierca, gdyż była jego ulubienicą i ten nóż wbity w jego chitynową skorupę gorszy jest od jabłka co go tka poraniło fizycznie.
Nieszczęśnik nasz pewnego dnia budzi się - po wyjątkowo przerażającym koszmarze (!) - karaluchem. Całe opowiadanie można w pewnym sensie wsadzić gdzieś między horror psychologiczny a realizm magiczny. Wszakże, wydaje się, że wszyscy widzą w protagoniście karalucha. Prawdziwą szkaradę zasługującą może i na litość, ale jedynie w postaci obcasa spadającego obuchem na jej czaszkę czy gdziekolwiek świadomość takiej paskudy może się znajdować. Ale jednak jest to niemożliwe. Przecież, w opowiadaniu nie ma innych elementów wskazujących na potencjalną nierealność świata przedstawionego. Więc może być kwestia percepcji. Wiedząc, że Kafka był niesamowicie zakompleksiony i melancholijny, a także miał podobny zawód do protagonisty Przemiany, można zaryzykować, że Gregor jest zaledwie jego awatarem w tym role-playu, a on odgrywa tam jak zwykle samego siebie.
Ważnym motywem opowiadania jest zjawisko samospełniającej się przepowiedni. Nasz protagonista ZAPEWNE indukował w innych ludziach niechęć poprzez zachowywanie się w sposób, który łatwo określić jako zwyczajnie nieatrakcyjny - niepewność, strach, obcość, introwertyzm, kompleksy itp. itd. Ta niechęć otoczenia wobec niego sprzężyła się z niszczycielskimi uczuciami Gregora i potęgowała je, co powoduje, że mamy tu książkowy przykład autodestrukcyjnej spirali. Tak jak już pisałem, Gregor był dobrym chłopcem, ale to nie wystarczyło. To uczucie chyba obecne jest w każdej pozycji Kafki - zbliżająca się nieuchronna zagłada, mimo prob. Szczerych, prawdziwych. Ale jednak kończy się tak jak w Procesie. Chaos interakcji międzyludzkich i trud związany z bezskutecznymi próbami opanowania tej misternej sztuki jest zbyt przytłaczający dla wielu młodych, inteligentnych i wrażliwych. Stąd ten humor, niecodzienny i obcy. Bo jest on przecież jednym z mechanizmów obronnych, tym najbardziej dojrzałym podobno. Dla takich jak Gregor, Kafka, może jak ty, nie ma innego sposobu sobie radzenia sobie z tymi problemami, które dla wielu sa zwyczajnie abstrakcyjne, ale dla nich, dla ciebie może, są najstraszniejsze, naprawdę. Aczkolwiek nie da się zrobić nic innego, jak śmiać przez łzy i tkwić w tym koszmarze.