Re: Najlepsze lata polskiego HH
: 29 gru 2021, 12:50
Rocznik 1980. Pierwsze płyty Liroya / WYP3 wyszły pod koniec mojej podstawówki. Nigdy nie byłem _fanem_ HH, raczej słuchałem go z doskoku. Poniżej moje wrażenia:
Początki gatunku w PL szczerze mówiąc raczej mnie bawiły. Pierwsza płyta Molesty to IMO chujnia straszliwa - smętne pianinko i prawilni kolesie z ursynowskiego blokowiska, "komputer atariego", no śmiech na sali. Z moich rejonów pochodził skład Fenomen, goście chodzili ze mną do liceum (LO nr 3 na warszawskiej Woli), kojarzyłem ich z korytarzy szkoły, znałem kawałek o Yelonkach i kawałek o sensacji, ale nie uważałem, że to zajebioza - ot, kolesie zrobili jakąś amatorkę, ktoś im to wydał, no spoko, ale sutki mi nie sztywnieją. I tak właśnie widzę PL rap w końcówce lat 90tych z perspektywy czasu - amatorszczyzna, ale jest zapotrzebowanie rynku, więc kolejne składy podpisują kontrakty z wytwórniami. Wychodziło tego dużo, ale większość straszliwie wtórna i bez pomysłu.
Tak naprawdę dopiero dobre parę lat później zauważyłem, że gatunek się zmienił i przestał samego siebie traktować tak bardzo poważnie. Na Vivie zaczęły hulać klipy do Platynowego Sombrero i Wielkiego Joł i wtedy dopiero poczułem w polskim rapie walor imprezowy. Bujała ta muza i wtedy właśnie jak dla mnie zaczął się pierwszy fajny okres - kawałki o imprezowaniu, bez spiny i jebania policji. Dobre to było.
Ale prawdziwa złota era to dla mnie mniej więcej okolice 2011 - 2015 roku. Parę płyt, dla których IMO warto było przeczekać chujowe lata 90te: Trzeba Było Zostać Dresiarzem, Cztery i Pół, Lot 2011, Wilk Chodnikowy, Elliminati i #Kurt_Rolson, Ludzie Sztosy, Labirynt Babel, Ezoteryka.
Lata 2011-2015 to dobre teksty. Dobre bity. Produkcja na poziomie. Są bengery, są smutne kawałki o życiu, jest o wygranku, jest o przegranku. Pełna paleta emocji.
Początki gatunku w PL szczerze mówiąc raczej mnie bawiły. Pierwsza płyta Molesty to IMO chujnia straszliwa - smętne pianinko i prawilni kolesie z ursynowskiego blokowiska, "komputer atariego", no śmiech na sali. Z moich rejonów pochodził skład Fenomen, goście chodzili ze mną do liceum (LO nr 3 na warszawskiej Woli), kojarzyłem ich z korytarzy szkoły, znałem kawałek o Yelonkach i kawałek o sensacji, ale nie uważałem, że to zajebioza - ot, kolesie zrobili jakąś amatorkę, ktoś im to wydał, no spoko, ale sutki mi nie sztywnieją. I tak właśnie widzę PL rap w końcówce lat 90tych z perspektywy czasu - amatorszczyzna, ale jest zapotrzebowanie rynku, więc kolejne składy podpisują kontrakty z wytwórniami. Wychodziło tego dużo, ale większość straszliwie wtórna i bez pomysłu.
Tak naprawdę dopiero dobre parę lat później zauważyłem, że gatunek się zmienił i przestał samego siebie traktować tak bardzo poważnie. Na Vivie zaczęły hulać klipy do Platynowego Sombrero i Wielkiego Joł i wtedy dopiero poczułem w polskim rapie walor imprezowy. Bujała ta muza i wtedy właśnie jak dla mnie zaczął się pierwszy fajny okres - kawałki o imprezowaniu, bez spiny i jebania policji. Dobre to było.
Ale prawdziwa złota era to dla mnie mniej więcej okolice 2011 - 2015 roku. Parę płyt, dla których IMO warto było przeczekać chujowe lata 90te: Trzeba Było Zostać Dresiarzem, Cztery i Pół, Lot 2011, Wilk Chodnikowy, Elliminati i #Kurt_Rolson, Ludzie Sztosy, Labirynt Babel, Ezoteryka.
Lata 2011-2015 to dobre teksty. Dobre bity. Produkcja na poziomie. Są bengery, są smutne kawałki o życiu, jest o wygranku, jest o przegranku. Pełna paleta emocji.