Ten Typ Mes: W ten terapeutyczny sznyt - że ludzi się nie ocenia - nie wierzę. Jestem Polakiem, uwielbiam oceniać
Męska końcówka
17.03.2018, 00:00
Olga Wiechnik
Masz 25 lat i mieszkasz ze starymi? Sorry, przegiąłeś pałę, taka jest moja ocena.
Rozmowa z Tym Typem Mesem
Masz drzewo genealogiczne, to idź z niego, narwij kiść fiutów” – to z twojej nowej płyty. Czy słusznie wyczuwam oskarżenie przeciwko tradycyjnym męskim wzorcom?
Bardzo piękna wysokoobcasowa interpretacja, ale nie. To jest o tym, że jestem dumny ze swojej rodziny, tak jak kibic może być dumny z Legii – mimo porażek. Jestem fanem swojej rodziny. A kiedyś nie byłem.
Co się zmieniło?
Wiem, że to strasznie typowe, ale im jestem starszy, tym bardziej moja rodzina mnie fascynuje. Zaczęło się w okolicach 30. urodzin – podręcznikowy ze mnie przypadek. A że nie pochodzę z domu, w którym wiedzę o przodkach się kultywuje, tym bardziej muszę się do wszystkiego dokopywać. Poza tym rok temu wróciłem na Wyględów, małe warszawskie osiedle, na którym już kiedyś mieszkałem. Studio, w którym powstała nowa płyta, urządziłem w kawalerce na 10. piętrze starego bloku, 300 metrów od swojego mieszkania. Mam więc ten luksus, że jak mnie coś najdzie, to wystarczy, że włożę klapki, i za pięć minut jestem w studiu, żeby z tą bieżącą emocją pracować. Dlatego „RAPERSAMPLER” wziął się bardziej z codzienności niż z zastanawiania się nad losem świata. Taki był mój poprzedni album – siadałem na parapecie i dumałem o tym, czemu świat idzie w tak populistyczne rejony i co tu się w ogóle dzieje – takie wielkie „hm” nad ludzkością. Teraz nie mam parapetu, który by się nie zawalił, jak na nim usiądę, więc operuję na prostszych emocjach.
5
hip hop muzyka rap ten typ mes
Zamiast przyszłości ludzkości jest przeszłość twojej rodziny – pojawiają się mama, tata, dziadek, ciocia.
Jak jesteś blisko ze swoimi podstawowymi emocjami, to i do rodziny ci bliżej. Jak coś cię w tobie samym wkurza, smuci, irytuje, kiedy uważasz, że nie jesteś najfajniejszym człowiekiem na ziemi, tylko raczej najgorszym – dobrze spojrzeć na siebie w szerszej perspektywie. Świadomość, że wynikasz z innych ludzi, pomaga wszystko poukładać. Oczywiście można to negować – w Warszawie często to widzę. „No, jestem z małego miasteczka, mój ojciec to jest prosty człowiek, moja matka to jest prosta kobieta, ale ja z nimi nie mam absolutnie nic wspólnego – robię karierę w dużym mieście i jestem taki skomplikowany”. Nawet jeśli twój stary był superprostym gościem, to poczucie humoru, refleks, brzmienie twojego śmiechu, sposób, w jaki działa twoja pamięć – to wszystko możesz mieć z nim wspólnego. Geny nie są kosmopolityczne. Możemy sobie być obywatelami świata, ale jesteśmy potomkami konkretnych ludzi.
Po co nam ta świadomość wynikania?
Żeby w sobie coś zmienić, zwykle potrzeba dobrych kilku lat terapii, sama świadomość, że „mój stary tak miał, a ja nie chcę”, oczywiście nie wystarczy. Ale zdać sobie sprawę z pewnych mechanizmów i schematów, które na ciebie czekają – już to jest pomocne w stawaniu się lepszą wersją siebie.
A w ulepszeniu rodziców? Chyba każdy ma do tej relacji jakieś pretensje.
Ja pretensjom do rodziców daję deadline. Zresztą różnym rzeczom w życiu daję taki termin ważności. Masz 25 lat i mieszkasz ze starymi? Sorry, przegiąłeś pałę, taka jest moja ocena. Akurat w ten terapeutyczny sznyt – że ludzi się nie ocenia – nie wierzę. Jestem Polakiem, uwielbiam oceniać. No więc tak samo jak jest deadline na mieszkanie ze starymi, jest też deadline na pretensje do nich. OK, masz problemy, bo dziwnie się tobą zajmowano – dziwnie, źle, nie tak, jak byś sobie tego życzył – ale raczej przepracuj to sam, z partnerem albo terapeutą. I gotuj się na to, że wkrótce to ty się będziesz zajmował rodzicami, bo czas nie stoi w miejscu. Miej świadomość, co z czego wynika, ale nie oczekuj, że oni się zmienią.
Czytaj również: Pezet: Mężczyznom jest teraz trudniej
Twój ojciec się nie zmienił?
Teraz mamy lepszy kontakt niż kiedykolwiek, ale nie dlatego, że on się zmienił, tylko dlatego, że uwolniłem się od oczekiwań. Już się po nim niczego nie spodziewam. Jesteśmy dość podobni, więc jeśli się czegoś o nim dowiaduję, to jest dla mnie ciekawa lekcja. I tyle.
„Krzyczał na synka” to tytuł jednej z piosenek z nowej płyty. Twój ojciec krzyczał na synka?
Nie mam zbyt wielu własnych wspomnień, bo ojciec był ostro pracującym gościem – każde medyczne dziecko wie, że „dyżur” to jest dość specyficzna sytuacja. Rodzic znika, ale robi to w zbożnym celu, więc nikt nie może mieć do niego pretensji. Tyle że mój, jak miałem sześć lat, naprawdę zniknął. Wyprowadził się i niespecjalnie utrzymywał z nami kontakt. Opowiadano mi, że był nieznoszącym sprzeciwu zbójem. Liczba ludzi, którym uratował życie, ale i tych, którzy mu ostygli pod skalpelem, jest pewnie spora, a to prowadzi do różnych zdziwaczeń. Fakt, że jest normalnie funkcjonującym gościem, z którym można rozmawiać na wysokim poziomie, to już i tak dużo. Nie wiem, jak działa umysł człowieka, który ma władzę nad życiem i śmiercią.
Boisz się, że będziesz „krzyczał na synka”?
Trochę tak. Ale czuję się ostrzeżony. Po to są terapie, żeby – mając świadomość swoich wad – móc z nimi pracować. A nie tylko powiedzieć „aha” i postawić kropkę. Cokolwiek jest we mnie dobrego, jeśli chodzi o relacje międzyludzkie, mam to po mamie. Też jest lekarzem, bardzo lubi swoją pracę, dla każdego ma czas, wszystkich wysłucha, jest łagodna. Nie wiem, czy mój ojciec bywa dla kogoś łagodny. Obstawiam, że jeśli mu się to zdarza, to z tej okazji organizowane są w Warszawie pokazy fajerwerków. Stres, który mój stary przeżywał w robocie, ujawniał się potem w formie choleryzmu w relacjach z bliskimi, więc za każdym razem kiedy odpala mi się jakaś lekka furia, bo mnie przytłacza zawodowa presja, to staram się pamiętać, że muszę nad sobą pracować, żeby nie być ch... wobec bliskich. Niestety, to bliskim się obrywa – bo są blisko. A powinno się przecież oberwać temu hejterowi z drugiego końca Polski, który mi bezinteresownie dopierdala.
Ci ojcowie cholerycy to nie tylko ojcowie lekarze. „Tak jak ojciec ojca i nasz ojciec głośno krzyczał na synka – bezwiednie”. To całe pokolenie ojców kategorycznych, niecierpiących sprzeciwu, nietolerujących dyskusji.
Byli produktem swoich czasów. Taki był Zeitgeist, ojciec z chustą uznany byłby za dziwaka i by się dziecku do niczego nie przydał, boby go wyśmiewano. A nikt nie chce mieć wyśmiewanego ojca. Teraz Zeitgeist jest inny.
Ale mam wrażenie, że ci ojcowie wszystkowiedzący i z niczego niezadowoleni wychowali pokolenie ludzi z ogromną potrzebą uwagi – „To ja! Zauważcie mnie wreszcie! Doceńcie!”
To prawda… Ja się często czuję jak taka skacząca piłeczka, która stara się jak najgłośniej odbijać, żeby ktoś ją zauważył – podniósł z ziemi i rzucił dalej, żeby mogła się znowu odbijać. Bo jak leży sama, to tak głupio wygląda, nic się z nią nie dzieje, żaden pies jej nawet nie obsika. Na usprawiedliwienie mam tylko to, że gdy robię te swoje piosenki, udaje mi się komuś poprawić humor, wprowadzić w bojowy nastrój, gdy tego potrzebuje, albo pokazać jakieś podobieństwo z jego emocją, dzięki czemu ktoś coś zrozumie, przepracuje, przeżyje. Możliwość „odsamotnienia” swoich przeżyć to jest duża wartość autobiograficznych tekstów, czy to w rapie, czy w folku, czy w literaturze. Wszyscy się pewnie czujemy jakoś skrzywdzeni przez rzeczywistość, ale przynajmniej nie jesteśmy w tym sami.
Ani tacy wyjątkowi. Mówiąc o potrzebie uwagi, miałam też na myśli takiego twojego internetowego hejtera z drugiego końca Polski. Może to jest przykład człowieka, którego głos nie był słuchany, więc wypowiadającego się teraz na każdy temat – równie kategorycznie i krytycznie. Teraz to on chce mówić innym, że nie są dość dobrzy.
Od tego wszystkiego można się zdystansować. Widziałem jeszcze świat bez internetu, choć podłączony jestem już więcej niż pół życia. Trzeba pamiętać, że ta internetowa mowa nienawiści to raczej nie jest coś, co cię spotka na ulicy. A jak cię spotka, to dopiero wtedy jest prawdziwa przykrość. Ale zazwyczaj to przede wszystkim dowód na to, że ktoś miał zły dzień, zły tydzień albo złe życie. I sobie z tym nie poradził, więc postanowił przelać złe emocje na kogoś innego. I ja w tym nie widzę dramatu, to mnie nie dotyka.
Skoro jesteśmy przy hejterach, wróćmy do twojej rodziny. Na płycie pojawia się – osobiście – twoja 94-letnia ciocia, która opowiada o „nienawidzącym chamie, który nienawidzi tego, kto nie jest chamem”.
Ciocia Lila! Wspaniała, bystra, supercharyzmatyczna postać. Była profesorem uniwersyteckim, ale robiła też w życiu mnóstwo dziwnych rzeczy. To taka ciocia przyszywana. Przez kilka lat pracowała z moim dziadkiem i jest skarbnicą wiedzy na jego temat. Oprócz tego całego światła, które ma w sobie, jest w niej też wyraźny mrok po traumie – ubecja zakatowała jej męża, który był ważną figurą akowską, niestety, zbyt ważną. Korzystając z okazji, chciałbym ciocię Lilę na tych łamach przeprosić, że na płycie jest tyle przekleństw. Ciocia jest na przekleństwa wyczulona, ale ja z kolei jestem fetyszystą językowym, trudno jest wyrazić gniew, mówiąc „kurczę” czy „chromolę”. Przekleństwa mają swoją funkcję. Oczywiście nie są dla dzieci, ale nie jestem już dzieckiem i czuję się w przeklinaniu kompetentny. Więc przepraszam cię, ciociu.
Czytaj również: Vienio: dzień, w którym zabiłem żabę
Dziadek był w twoim życiu obecny osobiście czy tylko przez opowieści innych?
Jestem późnym dzieckiem, więc dziadkowie to jest dla mnie komiksowa sytuacja – znam ich z obrazków. Byłem np. na uroczystości odsłonięcia tablicy upamiętniającej mojego dziadka jako założyciela lotnictwa sanitarnego w Polsce. Był lotnikiem, kochał latanie, ale jak wielu jego kolegów nie chciał śmigać dla ludowego wojska, więc wymyślił, żeby latać z nerkami, a nie z bombami. Moja kolekcja wspomnień o nim to w dużej mierze opowieści kolegów lotników, których podczas tej uroczystości spotkałem. Ale to jest poruszanie się po wspomnieniach innych ludzi. Ja swoich nie mam.
A rodzice nie podzielili się własnymi?
Dziadek Tadeusz był ojcem mamy. Bardzo go kochała, był dla niej wielkim bohaterem. Zawinął się dość szybko, ona zupełnie nie była na to gotowa. Rak i do widzenia. To ją wciąż boli, więc nie drążę zbyt głęboko. Drugiego dziadka, starego Szmidta, trochę pamiętam, ale dokopywanie się do niego jest jeszcze trudniejsze, bo z ojcem mam znacznie mniejszy kontakt. Obie moje babcie były lekarkami. To jest praca, która buduje w człowieku potrzebę sensu. I to się przekłada na absolutnie każdą działalność, nawet prowadzenie wytwórni. Możesz wydać album, który jest doskonałym tworem kultury, ale w radiu go puszczać za często nie będą. Jednak wydajesz, bo widzisz sens, a nie tylko korzyść.
„Taki dzieciak jak ja miał grać w tenisa, powinien mieć mocnego magistra (…). Mam takie geny, ale tylko w teorii”. Lekarska rodzina widzi sens w twojej pracy?
Pretensje się już pokończyły, choć trwały przez lata. Ja się ze sobą na poważnie umówiłem, że będę prowadził rockandrollowe życie, i żadne rodzinne pokwękiwania nie mogły tego zmienić. Dość szybko się zorientowałem – będąc przez jakąś sekundę studentem reklamy, a potem przez drugą sekundę studentem dziennikarstwa na prywatnych uczelniach – że wykształcenie niesamowicie się zdewaluowało. Ktokolwiek podpisał tę ustawę, że każdy jeden szwagier z ziomkiem może sobie założyć wyższą szkołę czegokolwiek dającą tytuł równoważny z uniwersyteckim, rozwalił nasz system wyższej edukacji. Zresztą gdyby nie dziewczyny, rozstałbym się z edukacją na poziomie podstawówki. Do liceum chodziłem tylko dla nich.
„Dla dziewczyn byłem za chudy, oczy im szklił ktoś agresywny bardziej”. Chyba nie najlepiej ci z tymi dziewczynami szło?
Chodziłem do liceum przy technikum samochodowym, więc inni chłopcy byli jacyś tacy więksi, silniejsi, ale przede wszystkim – zmotoryzowani. W czasach Ubera to już nie ma takiego znaczenia, ale kiedyś można było stracić walkmana, chodząc po mieście. Chłopcy z samochodami robili furorę, a tacy jak ja musieli się ostro nakombinować, żeby coś w życiu poczuć.
Już wtedy byłeś raperem – to nie lepsze niż samochód?
Mój pierwszy teledysk spóźnił się miesiąc. Marzyłem o dniu, w którym Viva i MTV zaczną go puszczać, a ja wyjdę na długą przerwę i... nic, bo teledysk wszedł na antenę tuż po rozdaniu matur. I te wszystkie dziewczyny już się porozchodziły po wyższych szkołach.
Keret, Żulczyk, Stasiuk, Klata, Jarmusch – jak na chłopaka bez wykształcenia rzucasz w tekstach sporo nazwisk. Niektórzy zarzucają ci pretensjonalność.
Racja, sam nie lubię, gdy ktoś zaczyna zdanie od: „Już taki a taki powiedział, że...”. Ale na tej płycie to nie pretencha, tylko hołd składany innym w czasach powszechnej autopromocji i jarania się własną popularnością. Nie wiem, czy wiesz, ale Polacy są topowym odbiorcą YouTube’a. Teledyskom amerykańskich raperów zdarza się mieć mniej odsłon niż naszym. Na Spotify Amerykanie mają już te zyliony milionów więcej odsłuchań, ale na YouTubie jesteśmy wielcy.
Dlaczego?
Bo Polacy kochają „za darmo”. Obejrzą każdą ilość reklam, żeby tylko mieć coś za darmo. Rozumiałbym to w '95, kiedy Polska faktycznie była w ruinie, ale teraz trochę tego nie kumam. Jesteśmy już w znacznie lepszej kondycji i czasem moglibyśmy za kulturę zapłacić.
Ale co ta nieproporcjonalna na tle innych krajów popularność YouTube’a ma wspólnego z naszą potrzebą uwagi?
Patologizuje sytuację młodych twórców, którym się wydaje, że rzeczywistość składa się z fanów i hejterów. Nie przychodzi im do głowy, że świat – siedem miliardów ludzi – wykłada lachę na to, czy oni żyją, czy nie, o tym, co robią, nawet nie wspominając. No i często dzieje się tak, że ktoś zakwitnie na YouTubie i od razu rusza w wielką trasę koncertową, bo już jest gwiazdą. Nie ma tego zdrowego filtra, jakim dla muzyków jest underground. I teraz pytanie brzmi: co ma zrobić taki młody człowiek, żeby mu się nie popierdoliło we łbie? Bo to jest ogromne obciążenie. Będę podziwiał każdego, kto szybko zyskał tak wielką popularność i nie zwariował.
Co daje ten filtr undergroundu?
Granie w dziwnych miejscach za małe pieniądze dla czterech zainteresowanych osób i stu pozostałych, które czekają na zespół, który wyjdzie, jak już wreszcie skończysz – to cię osadza w rzeczywistości. Zmusza do odpowiedzenia sobie na pytanie: po co ty to właściwie robisz? O co ci chodzi? A chodzi o to, że masz piosenkę, którą chcesz się podzielić ze światem, choćby tymi czterema osobami w Kętrzynie. A nie o to, że ma być pełna sala i 20 groupies czekających w kolejce, i morze alkoholu. To wszystko też jest spoko, ale jak grasz dla czterech osób, to tego nie ma. I zostają tylko ta twoja piosenka i ty. Młodzi ludzie mają dziś pewnie grubszą skórę, są gotowi na krytyczne komentarze, bo się wśród nich wychowali. Ale mogą nie być gotowi na obojętność.
Ten Typ Mes, czyli Piotr Szmidt (ur. 1982), polski raper, producent muzyczny, DJ. Ma na swoim koncie wiele albumów, m.in. „Trzeba było zostać dresiarzem” (2014 r.) i „Ała” (2016 r.). Najnowsza płyta to „RAPERSAMPLER”, (premiera 16.03.2018), Alkopoligamia.com