bonczal pisze: ↑23 paź 2019, 17:10
Konfident pisze: ↑23 paź 2019, 17:03
alkoholizm jest dużo poważniejszy niż uzależnienie od opiatów
Ty tak na poważnie? chyba nie widziałeś co ludzie potrafią zrobić dla działki hery
Całkowicie na poważnie, alkohol ma tak ogromne uboki + dochodzenie od siebie po nim to męka, że opiaty przy nim to jest pikuś, dochodzi też kwestia życia w ciągu i przy maku czy nawet kodzie a nawet czymś mocnym, można funkcjonować w miarę OK i to przez dłuższy czas. A przy alkoholu, po jakimś czasie człowiek "zarzyna" swój organizm, szczególnie z wiekiem wątroba i trzustka nie ma już takiego przerobu i te 4 piwka, które wlewaliśmy w siebie w wieku 20 lat, sprawia, że rano budzimy się już zamuleni a w głowie świeci się lampka, żeby "chlapnąć" jedno małe, to będzie lepiej i milej się dzień zacznie. Potem to już z górki...pijemy co raz więcej i co raz gorzej to znosimy. Zaczynają się ciągi, które prędzej czy później staną się ciągami kasacyjnymi, to znaczy takimi w których pijemy już na umór i nie potrafimy przestać. Wtedy praca,rodzina czy znajomi odchodzą na dalszy plan, bo generalnie nie ogarniamy co się dzieje dookoła. Przerwać ciąg kasacyjny to jest kurwa nie lada wyzwanie i bez detoksu może skończyć się koszmarem. Oj przeżywałem taki koszmary nie raz i nie dwa... nie życzę nikomu. Przez prawie rok waliłem heroinę iv w dość dużych ilościach i jak przyszedł ten dzień, w którym skończyła się kasa i tym samym ćpanie to nastawiałem się psychicznie na sceny z Trainspotting, Dzieci z Dworca ZOO czy choćby przeżycia Ryśka z Skazany na Sukces. Z 8 lat wcześniej przez 3 miechy waliłem Tramal, też w kosmicznych ilościach, więc skręta już przechodziłem, ale wtedy jak skończył mi się trampek to ostro zapiłem wódką i później przechodziłem dwa skręty na raz

Koszmar to mało powiedzieć.... padaczka to tam był pikuś, bo i tak nie pamiętam. Ale dochodzenie do siebie na sucho, a nawet nie na sucho bo miałem odtrucie od alko, które i tak mało co mi dało, to był hardcore. Tak, że po tych 9 miesiącach walenia helu szykowałem się na zgon, ale ku mojemu zdziwieniu, nie było tak źle. Znaczy w porównaniu do tych skrętów alko po ciągach kasacyjnych, to było naprawdę spoko.... Taką gówną różnicą jest to, że skręt po opio trwa dłużej...ze 2 razy dłużej niż po alko, ale dla mnie był o wiele bardziej łagodniejszy. Kiedyś ktoś mi napisał tutaj, że pierdolę i żebym nie wmawiał ludziom, że niby heroina jest bezpieczniejsza niż alkohol czy sprawia mniej problemów. Nie - tego nie mówię. Mówię tylko, że odtrucie po kasacyjnym ciagu alkoholowym (nie po kacu ani nie po tygodniu picia na wakacjach w Łebie piwek ze znajomymi na plaży) tylko po takim waleniu przez np. dwa tygodnie wódki do oporu w ilościach 1L-1.5L dziennie samemu, bez jedzenia, bez niczego..... po paru dniach wygląda to tak, że wstajesz, podnosisz głowę, nie wiesz czy to dzień czy noc (białe noce) walisz szklanke wódki albo dwie, idziesz spać, budzisz się i to samo. Nie wiesz co się wokół Ciebie dzieje, jaki jest dzień itp. Telefon wyłączony, DOM zamknięty na cztery spusty. Tylko ty i wóda. Problem się zaczyna, kiedy zaczyna Ci brakowac alko.... Kurwa, ledwo trzymasz się na nogach a tutaj trzeba skoczyć do sklepu. O ile w mieście to jeszcze do ogarnięcia, to mieszkając pod miastem albo na wiosce, albo generalnie ze sklepem gdzieś dalej, to już jest wyzwanie.... Robisz 4 kroki i leżysz... kurwa, ubrać by się wypadało, ale założyć coś to wyższa szkoła jazdy. Jak zupełnie Ci się skończy alko i obudzisz się już struty, no to kurwa jest problem.... Co zrobić - do sklepu by się doszło, jakby człowiek się choć trochę lepiej poczuł.... No ale w domu pusto... Można zrobić "jeża" z butelek ale to na chuja starczy.... Ale zrobić coś trzeba.... jak to było w Żółtym Szaliku... trzeba się ratować!! A w kuchni stoi Ocet! No i co zrobić... może choć trochę jebnie, choć trochę pomoże... bierzesz szklankę i chlup... Kurwa, w portfelu 1000pln na koncie 10 razy tyle a ty walisz ocet bo bez odrobiny alko nie dasz rady się ruszyć.. A jak octu nie ma, to zawsze są perfumy z bezcłówki za 300pln flakon i walisz z urwanego dozownika na przemian Ralph Lauren - zielony i niebieski.... Potem przez tydzień czuć to w sobie....
A jak nie ma octu ani perfum.... to i wode utlenioną się pociągnie, bo ma napisane na etykiecie 10%.... ledwo ogarniasz co się w okół dzieje, ale znaczek procentów przyciąga uwagę mimo że to nie te procenty i jeszcze raczej trujące. Już lepszy spirytus salicylowy... taki przeterminowany 8 lat.... W takich warunkach człowiek wręcz marzy o denaturacie... Jak się uda ogarnąć, to leci się do tego sklepu - jak robot. Autentyko - uczucie jak by ktoś Tobą kierował zdalnie. Klapki na oczach, antentka we łbie i idziesz szukać wodopoju... Jakby jedna część Ciebie wie, że ledwo żyjesz i chyba nie dasz rady dojść, że jak ktoś Cię zobaczy to będzie kicha na maxa, szczególnie sąsiedzi itp którzy przecież znają Cię jako młodego, obrotnego managera z dużego korpo, a ty ten obrazek nakładem ogromnego wysiłku, starasz się utrzymywać. No ale chuj - a niech Cie widzą - trzeba się ratować....na szczęście ciemno.... o kurwa, to chyba noc jest?!?!? Ale jak to ? Dopiero co była jedna noc... No nic - lecisz.... Zima, śnieg, a ty płaszczyk a pod spodem nic, no może bielizna. Skarpetek też się nie założyło, bo weź tu takie zadanie wykonaj... Lecisz do nocnego, gdzie o 3 rano siedzi młoda, fajna laska, którą czasem widywałeś w ciągu dnia i się miło uśmiechałeś... wstyd jak chuj, ale trzeba się ratować. Podchodzisz i prosisz 2x 0.75L. Albo lepiej 2x0.5L - zawsze bierze się mało, bo przecież od 2 tygodni wierzysz, że to ostanie butle i jak się skończy to trzeba się ogarnąć.... Więc zamiast kupić od razu skrzynkę, to bierze się po butelce.... Widać obrzydzenie w oczach ekspedientki ale chuj... Chuj jej i wszystkim kurwa w dupe! Całemu światu chuj murzyński w dupę. Wracając do domu parę łyków i już kurwa lepiej.... nic nie boli, ciśnienie się normuje, serce tak nie wali, żyletki z wątroby znikają.... uff.... Wchodzisz do domu, zrzucasz płaszcz i w majtach kładziesz się do łóżka...lol....łóżka.... do barłogu... oszczanego, orzyganego.... ujebanego czym się da... Przydało by się zjeść, przynajmniej raz na parę dni, ale nic nie wchodzi.... trochę suchego chleba, kawałek czekolady (najlepsze jest to, że po takim ciągu można przytyć! Nic prawie nie jedząc

Tak tuczy alkohol.. powaga) I cykl zaczyna się od nowa a właściwie degradacja i samozniszczenie trwa dalej.... Organizm już nie daje rady przyjmować alkoholu - zwyczajnie się broni, bo czuje, że zatruwasz go co raz bardziej..... Po paru następnych dniach już nie daje się rady wyjść i w ogóle nic za bardzo robić... Zresztą już nie chcesz pić....pragniesz przestać, ale nie możesz..... wtedy poznajesz co to jest PRZYMUS picia! Musisz pić choćby nie wiem co.... Jak ktoś ma rodzinę, pracuje itp to zazwyczaj po 2 tygodniach "zniknięcia" ktoś zaczyna Cię szukać...bo nie wiadomo czy żyjesz czy nie.... I jak masz farta, to ktoś Cię wkońcu znajdzie i odratuje. Czasem, przy krótszych można samemu przerwać, ale to w chuj trudne, na sucho to koszmar na jawie... Tego się nie da opisać słowami.. Tak mniej więcej wygląda alkoholowy ciąg kasacyjny. Jestem pewien, że sporo więcej osób umarło po nagłej odstawce alko, właśnie po takich kasacyjnych ciagach, niż po odstawce i skręcie po heroinie. heroina to taki sam diabeł jak alko w zaawansowanym stadium, tylko inaczej swoją ofiarę niszczy. Waląc helupę normalnie funkcjonowałem... no w miarę normalnie, albo tak mi się wydawało hehe

Może przez środowisko i specyficzną robotę którą miałem, szybciej się wydało ale w innych warunkach, jestem pewien, że dosyć długo mógłbym funkcjonować i ćpać. Przy alkoholu już tak nie ma. Oczywiście na początku wszystko jest OK. To nie jest z dnia na dzien...to trwa latami. Dlatego ktoś, kto teraz ma lat 20-ścia parę, pije sobie parę piwek co wieczór, nawet codziennie, to dla niego to co napisałem jest abstrakcją i czymś, czego jest pewien, że go nie spotka...Dokładnie tak samo ja myślałem. Nie każdy musi aż tak się wjebać, ale jeśli ktoś czuje, zauważa już teraz, przy tym piwkowaniu codziennym, jeżeli już zaczyna sam z siebie o tym myśleć, to jest na dobrej drodze.. długiej drodze, dlatego to może być takie zwodliwe. Zresztą nie trzeba pić kasacyjnie, żeby być wjebanym po uszy alkoholikiem ze zjebanym życiem. Ba...nawet Ci, którzy zaznają zaszczytu ciągu kasacyjnego albo kilkunastu, są imho w lepszej pozycji niż tacy, którzy piją cały czas, ale bez takich konsekwencji. Bo te konsekwencje, tylko i wyłącznie one sprawiły, że poddałem się i zacząlem się leczyć i udało mi się odstawić alko i w ogóle wszystko na ponad 4 lata.