JANPALONY pisze: ↑dzisiaj, 11:57
On chce być Mesem, ale przegrywa to z kretesem.
A kim on nie chciał być?

Zarzuty Jimsona nie były bezpodstawne i już wtedy były głosy, że VNM bardzo "inspiruje" się innymi i to nie był wymysł Jimsona, a po prostu podsumowanie jego kariery. O ile każdy polski raper patrzy na innych z Polski czy zza oceanu i coś dla siebie bierze, tak VNM i WENA to dla mnie byli raperami w dobrym miejscu i w dobrym czasie, czyli na boom na podziemie po przede wszystkim Smarkim, ale też po Jimsonie, Wankeju czy Tetrisie. VNM i Wudoe to po prostu trafili w dobrym momencie i mieli więcej zaparcia niż pozostali i to pociągnęli. Chociaż byli gorszymi raperami, to determinacja ich popchnęła dalej, może poza Tetrisem, który też wyszedł na legal i kilka płyt wydał. Venom i Wena to dla mnie definicja "rzemieślniczego" rapu, gdzie czuję, że oni mają (albo mieli) większość elementów tworzących rapera na przyzwoitym poziomie, ale całość brzmiała... no właśnie "odtwórczo"? I dlatego propsuję Venoma za te gówniane porównania i bekowe wstawki, bo to było właśnie "jego" w tym wszystkim. To go wyróżniało. Wena za to był wkurzonym dzieciakiem czy tam młodym facetem. O ile słuchając Smarka czy Wankeja to czuć było ten luz, brzmiało to naturalnie i nawet jak rzucali czymś absurdalnym, to czuć w tym to, że tak właśnie chcieli. Tak V zawsze był tym z kijem w dupie, spiętym, który napisał byle co, ale czuje się jakby stworzył arcydzieło. Dodając do tego odpowiednio agresywny podkład i wkurwienie w głosie - dawało to dobrą kombinację. Nic nadzwyczajnego, ale dającego się posłuchać i to nie raz. Ale VNM nigdy nie miał zbyt wiele ciekawego do powiedzenia. Wena też nie. To truskulowe głowy, które nie są w stanie za bardzo niczym zaskoczyć w treści, nigdy nie byli. Nawet Tetris, który na początku był tym refleksyjnym, poruszającym wrażliwsze tematy, to dorósł, jego fani też dorośli i nawet jego te lata i kolejne legale "wykastrowały" z tego sznytu. Teraz się spełnia zawodowo przy rapie i muzyce ogólnie, ale już nie ma ciśnienia na tworzenie. Pozostali wymienieni, czyli Wankz czy Jimson też dorośli i jak robią to do szuflady albo raz na ruski rok, z zajawki czy może potrzeby wyrzucenia czegoś z siebie. Wena wycofał się na jakiś czas i doszedł do wniosku, że w zalewie nowej fali, to niektórym starszym słuchaczom średnio to pasuje, to jedzie na sentymencie. Tekstowo jest właśnie jak dawniej (co jest postępem, bo jak nawijał o butach to było po prostu chujowo), jakościowo i skillsowo "odtwórczo" (też jak zawsze), ale propsy zbierze, bo brzmi to inaczej niż większość, która teraz wychodzi. Wena zrozumiał swoje mocne strony i swoją niszę. Po tym jak legale go wykastrowały do samego spodu, to rebranding zrobił całkiem udany. Nie ma zbyt wiele ciekawego do powiedzenia, to powie o tym, że jest wkurwiony i że jest dobry. Nic odkrywczego. Ale na dobrych bitach, charyzmatycznie, z odpowiednim wkurzeniem w głosie. Jakby wyjął odrzut z Wyższego Dobra i nagrał na nowo, z nowszym bitem. Leci na nostalgicznej strunie po bandzie. Ale dla 40+, którzy dalej słuchają rapu, ale mają na niego mniej czasu, to może być przyjemna podróż w czasie.
VNM za to już dawno poczuł, że jest kimś więcej niż gościem od rzucania sucharami i bekowymi linijkami i on już nie chce zejść z tej drogi. Przy czym nie wiem, po czym wnioskował, że jest kimś więcej? Po propsach od Brudnych Serc, Szybkiego Szmalu czy Sokoła? Po docenieniu przez Mesa czy Pezeta? Jakby nie wiedział, że w tej branży klepią się po plecach i liżą po dupach, gdy to korzystne? Był na fali, to większość mu złego słowa nie powie, a się podczepią, bo będą mieli feata i otworzenie na nowych fanów. Albo po prostu razem pili, ćpali i się skumplowali i głupio było im powiedzieć cokolwiek złego do tak wczutego gościa, który myśli, że tworzy arcydzieła, chociaż wszyscy widzą, że to po prostu co najwyżej porządny rap, ale nic przełomowego?
Jimson zarzucał mu kopiowanie Eisa czy Pezeta, potem V próbował poniekąd pokazać wszystko, co najlepsze z podziemia w swojej osobie i mocno to było widać w nim. Próbował też storytellingów niczym Sokół. Potem próbował śpiewać jak Drake. Następnie próbuje być Mesem z ostatnich lat, czyli artysta pełną gębą. Co sprawia, że nazywam go "rzemieślniczym"? Właśnie to, że w niczym nie brzmi dobrze. Potrafiło to być słuchalne na krótko, w pojedynczych trakach, ale na dłuższą metę, to wychodziły olbrzymie braki - w tekstach, we flow, w sposobie rapowania, w muzykalności, w autentyczności. Jedyne, gdy dla mnie brzmiał autentycznie to jak był młody, rapował na agresywniejszych bitach, ograniczał storytellingi do jednego na album, sporo jego kretyńskich porównań i absurdalnych palnięć, zero artystycznego zacięcia, po prostu wkurzone wyrzucanie rapu o rapie z przyzwoitym flow i wymuszonymi wielokrotnymi. W tej konwencji V brzmiał dla mnie najlepiej. Dalej było mocno rzemieślniczo i na zasadzie "gdzieś już to słyszałem", ale właśnie ten dodatek jego głupot nadawał temu ciekawej mieszanki.
Dlatego kopiowanie czy "inspirowanie" to stały motyw dla VNM-a. Przy czym kiedyś to przeszkadzało mniej, bo brzmiało to lepiej. Ale kopiowanie storytellingów Sokoła, który w zasadzie tylko dzięki temu jest tu, gdzie jest? Musiało to wypaść fatalnie. A kopiowanie Mesa? Mes potrafi śpiewać, jest melodyjny, potrafi nawet bity sobie trzaskać, ma wszechstronne flow, właśnie dzięki muzykalności. Gada czasem straszne bzdury, ale nawet wtedy to na ogół jakoś brzmi. VNM ma bardzo ograniczone możliwości flow, nie ma za grosz melodyjności w duszy (najlepiej wychodzi jak refren robi rapowy lub ktoś inny go wykonuje), a dodatkowo nie ma w sobie tego skrzywienia TTM, który pozwala czasem być tak odstrzelonym, że to aż zabawne. VNM potrafił to stosując te swoje porównania, ale mocno je ograniczył. Próbuje łapać lot, ale nawet tona koksu nie czyni z niego kogoś tak kreatywnego jak Mes.
Twórczość internetowa z jednej strony wydaje się być ciekawa. Ale im więcej go czytam, tym bardziej mnie męczy. Mes też, ale u niego ten próg jest o wiele dalej posunięty. Mes potrafi być takim deklem, że aż czytanie jego wysrywów to mieszanina niedowierzania i śmiechu. Czytanie Venoma to na początku lekka beka, potem męczarnia, a na końcu tylko niedowierzanie, że facet ma ponad 40 lat już, a nie 13. I gdyby chociaż te snippety były sztosami, ale z tego co słyszę to tam dalej jest "nowy VNM", tylko jeszcze bardziej niż do tej pory. Oczywiście, że sprawdzę jak wyjdzie, bo może będą jednak jakieś bekowe momenty. Ale jak będzie tam więcej wycia, że ma "w chuuuuj skiiilaaa", to nie będzie z tego sukcesu w ogóle.