Mojej matce fart kojarzył się zawsze z Opatrznością Boską, ale "Książę" myślał inaczej. Duchownych i świętych olewał, tak się przynajmniej zdawało, bo jak mówił o nich, to używał słowa "klecha", a kiedyś, gdy jechaliśmy na ulicę Świętego Stanisława i "Żbik" zaczął się kłócić z Pólkiem od którego Stanisława wzięła się ta nazwa, od tego, co go zwali Kostka, czy od tego, co go stuknął król, i spytali "Księcia", który ważniejszy, "Książę" wzruszył ramionami i burknął:
- Nie wiem. Wielu świętych kanonizowano tylko za to, że byli dobrymi żebrakami.
Polek i "Żbik" zbaranieii i przestali się kłócić.
Ze mną wyciął lepszy numer. Od dzieciaka nie lubiłem księży, najbardziej od Wielkiej Nocy, kiedy z całą rodziną i z koszykiem poszliśmy do kościoła święcić jajo. Miałem sześć albo siedem lat i jak proboszcz machnął w naszą stronę kropidłem, to się wnerwiłem i wrzasnąłem:
- Czego chlapiesz, gnoju!
Ojciec tak mi zerżnął tyłek, że przestałem chodzić na mszę i w każdą niedzielę, odstawiony jak do komunii, maszerowałem nad Wisłę przyglądać się wędkarzom. Po godzinie wracałem do domu z miną świętego, wstawiałem farmazon o tym, co mówił ksiądz na kazaniu i wszystko było cacy. To samo robiłem później, jak dorosłem, tylko już nie urywałem się nad Wisłę. Aż którejś niedzieli matka zobaczyła, że idę ulicą z "Księciem", wtedy, kiedy miałem być na mszy. Podbiegła:
- Co ty tu robisz?! Miałeś być w kościele!
Sczerwieniałem jak dziabnięty frajer i zacząłem farmazonić:
- Mamuśka, ja... ja pójdę na pierwszą, bo właśnie mam ważną sprawę... ja... to jest właśnie mój szef, pan Stefan.
"Książę" ukłonił się mamie z fasonem, ucałował ją w dłoń i powiedział:
- Bardzo panią przepraszam, to moja wina. Józek o pierwszej będzie na mszy, dopilnuję tego.
Mamie zrobiło się jakoś głupio, coś wymamrotała i odeszła, a "Książę" spojrzał na sikor (nosił zawsze staromodną "Doxę", czniał te szpanerskie z cyferkami, za którymi wszyscy wariowali) i powiedział krótko:
- Zdążysz. Gdzie chodzisz, na Skaryszewską czy do Świętego Floriana?
- Do żadnego - odpowiedziałem.
- Długo tak okłamujesz matkę?
- Długo, szefie. Już nawet nie pamiętam od kiedy. Muszę to robić, bo zapłakałaby się na śmierć...
Przerwał mi:
- Od dzisiaj będziesz pamiętał, że w każdą niedzielę jesteś na mszy i to na tej samej, co twoja matka. Zrobisz jej tym przyjemność.
- Kurczę blade, szefie, ona chodzi na sumę, to trwa tyle czasu, że można wykorkować!
- Zrobisz, co kazałem!
- Szefie, ja w to wszystko nie wierzę, mam się zgrywać przed ołtarzem?! Lepiej, żebym dalej udawał, iż chodzę rano!
Pofilował na mnie tak, że mi ciary zjechały po krzyżu i wycedził (przedtem wyjął z ust zapałkę - nie palił, tylko wiecznie gryzł zapałki):
- Masz udawać tak, żeby sam Pan Bóg w to uwierzył! Zrozumiałeś, "Fokstrot"?
Zrozumiałem, ale znów nie wszystko. U niego nic nie było jasne na blachę; myślałeś, że jest tak, a po jakimś czasie wychodziło, żeś się kropnął, bo jest nie tak, tylko prawie tak, albo zupełnie inaczej. Niby nie wierzył w Boga, a to "Pan Bóg" powiedział takim tonem, jakby mówił o kimś, z kim robi się interesy. Można nie wierzyć facetowi, z którym się je robi, lecz trudno nie wierzyć, że on istnieje. Tylko, jaki to interes, kiedy nie chodzi się do domu tego faceta i nie zaprasza go do siebie, bo w ogóle nie chce się z nim rozmawiać?
Dopiero po śmierci "Księcia" zrozumiałem wiele rzeczy, których nie pojmowałem, kiedy żył. Zrozumiałem, że Bóg był w nim, tak jak w drzewach, gwiazdach, kamieniach, w bydlętach i w wodzie ze źródła, więc nie musiał szukać Boga i klepać o nim, jak inni, ci, co uczenie przekręcają Pismo Święte, i ci tak głupi, jak wiejskie baby, które pieją w procesji, powtarzając bezmyślnie ze śpiewnika: "O Maryjoooo i te deee!".
Podobnie było z księżmi - ten obciach zaliczyli wszyscy, którzy (jak ja na początku) złapali "Księcia" za słowo i z tego słowa wygłówkowali prawdę, co wcale nie była prawdą, lecz zmyłką próbujących myśleć baranów.
Kiedy Lucek "Półton" dostał z czyjejś ręki trzy sztuki kosą przy gazowni na Powiślu i zesztywniał, księża zażądali od jego matki forsy na pogrzeb. Ale ona była pusta, ze zbierania flakonów po gołdzie ledwo jej na michę starczało. W zakrystii bez szmalu nie chcieli gadać. "Książę", jak o tym usłyszał, powiedział spokojnie:
- To ich zawód, szewc bierze za buty, dlaczego oni mają się modlić za darmo?
I pojechaliśmy w dwa wozy do kościoła,- nim nastał dzień. Dwóch chłopaków obudziło kościelnego, trzech wskoczyło do mieszkania proboszcza, wyjęło go z betów i tak jak stał, w gaciach i na bosaka, przyprowadziło do przedsionka, gdzie obok miski z wodą święconą czekał "Książę". Proboszcz po drodze wyrywał się i groził, ale jak dostał kopa, to przestał szczekać i tylko się trząsł. "Książę" wyjął z portfela dziesięć, czerwonych papierów i wrzucił je do święconej wody.
- To za pogrzeb Lucjana Kusia, bierz! - rozkazał.
Proboszcz się nie ruszył, ale szturchnięty w bok, wyciągnął grabę.
- Zębami, klecho! - dodał "Książę".
"Dżek" i ja przygięliśmy gawronowi łeb; wyciągnął próchnem tych kilka stów, parskając jak pławiony kundel. Nie opił się za dużo, bo pływały po wierzchu.
- Staraj się przy tym pogrzebie, jeśli nie chcesz, żebym wrzucił tu trzy razy więcej i kazał ci połknąć razem z tą wodą, równie świętą, jak wy wszyscy! - rzucił "Książę" na odchodnym.
Myśleliśmy odtąd, że dla niego ksiądz to trefniak i szlus! A on znowu rozbełtał nam pod czaszką, innym pogrzebem!
Przed szkołą na Zwycięzców codziennie łaził emerytowany ksiądz i czekał, aż dzieciarnia wybiegnie z budy. Gadano, że ma zajoba, bo kiedy jeszcze spowiadał w kościele, za pokutę kazał sadzić drzewka. Potem widziało się go tylko na placyku przed Siódemką. Karmił gołębie i czekał na dzieci, które pokazywały mu dzienniczki i zeszyty, a on za piątkę dawał pięć złotych, za czwórkę cztery, za trójkę trzy, a za dwójkę cukierka ("Żeby ci nie było przykro. Postaraj się jutro, to dostaniesz i ty pięć złotych"). Bachory szły do kiosku z lodami i wyśmiewały przygłupa. Zeszłej zimy staruszek odwalił kitę i ktoś doniósł "Księciu", że żadnego z tych szczeniaków oraz ich wapna nie ma na mszy żałobnej, za trumną pójdą tylko ksiądz i dwie zakonnice. Ponad stu ludzi z ferajny dostało rakietowy cynk: dwadzieścia minut na ogolenie się i przebranie! W trzy kwadranse potem, gdy karawan zajechał na Bródno, u wrót cmentarza czekał odstawiony tłum, z wieńcami, których nie powstydziłby się na swej trumnie pierwszy sekretarz partii. Dzwony biły, ptaki fruwały, frajerzy wytrzeszczali patrzałki, a myśmy deptali błoto za trumną do wtóru Chopina rżniętego przez orkiestrę, którą przysłał "Książę". Dla jednego kopniętego klechy!