Spoko album, choć słychać, które numery zrobili we dwóch, a w których pomagał im
KOZ, znany głównie ze współpracy z Dua Lipą. Nie żebym narzekał, choć bardziej podobało mi się, gdy przy ich kawałkach majstrował Illangelo (na debiucie) - może tamte numery mniej wpadały w ucho, ale były bardziej kreatywne i do dziś mam "wow", gdy ich słucham. Tutaj mamy po prostu przyjemne pioseneczki.
Na płycie jest kilka sztosów ("Waves of Blue" i "Summer Rain"

+ refren w "Love Unconditional"

), strasznym zawodem za to jest dla mnie numer z Drakiem - o ile sam Drake wypadł w nim dobrze, o tyle Majid ewidentnie nie czuje się dobrze w tej tonacji (jest go zresztą tak mało, że sprawia wrażenie, jakby to on był na feacie i to nieudanym). Kompletnie nie zdziwiłbym się, gdyby był to odrzut z "Certified Lover Boy", w którym po prostu podmieniono drugą zwrotkę na zwrotkę Majida. A adliby Diddiego w "Sway" są imo cringowe i lepiej, gdyby ich nie było. Cóż, Barry White to to nie jest.
Ogólnie album SPOKO - będę wracał, choć tak jak w przypadku poprzednich płyt jest parę zapychaczy, które nadają się bardziej jako tło, niż jako kawałki, których ma się ochotę posłuchać.