Dobra, ale mi chodzi o płyty same w sobie, a nie kontekst i otoczkę.
Jw.
Tu też bym się kłócił, bo niby Pezet rapuje i imprezach i ruchaniu, ale z charaktersytycznym dla siebie bólem dupy i wyrzutem sumienia. To nie jest hedonistyczna radość z imprezowania, tylko nihilistyczne biadolenie, że oho wstałem o 15 nie widziałem słońca, znowu wóda koks, nie wiem ile jeszcze mogę tak żyć.
U Tedego jest hedonizm, ale tam nie ma w sumie za to żadnej fabuły. Pezet opowiada o swoim życiu, a Tede wali bragga 80% płyty albo nagrywa publicystykę w stylu, że w radiu eska leci chujowa muzyka, albo że dziwki są łase na kasę.
Dlatego uważam, że podobieństwo tych płyt jest pozorne.


