Czas na ostateczne rozwiązanie kwestii Tedowskiej i zamknięcie dzisiaj tej męczącej zabawy. Także tego,
TIER 2:
Hajs Hajs Hajs – kolejny album z potencjałem na Tier 1, zabity przez swoją podwójność. Jak wrzucasz tak kapitalny kawałek jak „Świat (bez kobiet)” z zajebistym tekstem, flow i bitem, to po chuj na tę samą płytę wrzucasz drugi prawie, że taki sam („One”) tylko gorszy? Rób już nawet te dwie płyty, ale drugą daj krótszą jako jakiś extra suplement i w dupie. Tempo tutaj momentami siada na długo, sporo kawałków się zestarzało (
Ooo moi ludzie czują to..., To znowu ja z kolejną bom bą, "Pili gin", "Supesnajper" czy followupujące Biggiego "Dlaczego" - no ciężko słuchać tego refrenu i pierdzącego bitu - Volt go robił? Ogólnie te polskie timabaland-like bity w 2025 to meeh) tak przez bity, jak i przez wersy.
Dalej pełno tu klasycznych kawałków z samej topki Tedego (kultowe "Wielkie Joł", impresjonistyczne "Kato", bezczelne i aroganckie "Morda" z nadal świeżym bitem, może poza tą piszczałą - posłuchajcie se flow jego na tej "Mordzie" i porównajcie do tego cienkiego flaczka dzisiaj, żal). "Kredo" - ten bit, ten tekst będzie mi zawsze robił dobrze, choć, podobnie pewnie jak sam autor, ani dzisiaj nie jaram, ani nie potrzebuję brać w kredo niczego na całe szczęście. Ale sentyment jest.
Wspomniane "Świat bez kobiet" - to nadal jeden z najlepszych kawałków o płci przeciwnej. Bez jakichś siermiężnych ciężkich rozkmin, bez typowej dla gatunku wulgarności. Ot luźno podane, specyficzne obserwacje na zajebistym flole. Albo: top 5 kawałków Tedego - "Gra jest jedna"
Jeszcze nowatorskie rymy (typu:
gdyż yyyy/przyszły; ziom no/skromność - dziś może niezbyt, ale wtedy to było przełomowe w pewnym sensie).
Też przełomowe, celowo prymitywne refreny, często składające się z jednego, dwóch, trzech powtarzanych słów, bo "konwenanse pierdol".
Zresztą była to płyta i okres, kiedy
Tede był w swoim peaku wokalnym i mentalnym – miał ten luz naturalny (jaram gibony, telefony odbieram - ciężkie jest życie rapera), a do tego miał tę cwaniacką błyskotliwość, która go windowała na tle nudnej i szarej sceny. Dzisiaj rzekłbym, że ma taką samą (błyskotliwość) tylko, że świat się ruszył o ponad 20 lat na przód, przez co on się zboomerzył razem z tą swoją błyskotliwością.
Flow i głos wtedy jednak topka. Wtedy powinny wjechać lekcje pracy wokalu z przeponą, to może dziś by tak nie rzęził biednie i rozpaczliwie. Niestety za dużo tu kiepskich kawałków na tier 1, choć przez lata była to moja ulubiona płyta Tedzi.
Ścieżka Dźwiękowa
gods bidness pisze: ↑23 wrz 2024, 16:25
Słucham tej płyty dziś. Jedna z lepszych płyt tedego.
Podtrzymuję. Chyba Tede gdzieś gadał, że to jedna z płyt, którą najmniej ceni. Chłop pierdolnięty. Dobre brzmienie, letni klimat, tematy lekkie, ale niebanalne. Dużo przebojowych kawałków dobrych do radia typu boombox na lato w mieście, płomień style. Nawet giermek znad morza, Staszek, brzmi nieźle, a krew mrożą mocno podejrzane pogróżki Kiełbasy, że ZJE KAŻDE PĘTO! Oba numery z Ablem bardzo dobre. Nie ma tu jakichś ultra bangerów, ale wszystko jest na dobry z plusem. Jedna z najmilej brzmiących płyt Tedego, niezobowiązująca, dobra do auta, na rower, do puszczenia na kocu na pikniku z ponczem jak ten typek w Jajkowicach. Jedyny męczący kawałek to ta dawno przeterminowana publicystyka o olimpiadzie w Chinach. Właściwie mógłbym to dać w TIER1, ale nie ma tu tego czegoś ponad, jakiegoś pierdolnięcia, który by ją tam wywindował.
Kasablanca Real - największe zaskoczenie całej tej zabawy w tierowanie. Sam się sobą zdziwiłem, ale ta płyta jest bardzo dobra. Weszły nowe leki, został trochę kabacki Future, ale już bez tej hipermanii z przesadzonym, karykaturalnym wyciem i darciem mordy. Do tego chyba ostatnie podrygi niezajechanego jeszcze do końca wokalu. Rozpoczęte bengerem (Enwujotka), dalej wjeżdża Klasikbenz, co chyba jest najlepszym kawałkiem o furach Tedego z tego pierdyliarda, które nagrał. Bit świeży, bengerowy, on też se na nim radzi. Nawet kawałek o smutnej Warszawie dobry, niewkurwiający. Wszystko podlane w sosem pandemicznej antycywilizacji, jednak szczęśliwie pojawia się ten klimat pokątnie bez prób przejmowania tematyki całego albumu.
Nie wkurwia nawet typowy dla Tedego żart z folołapem do coco jumbo, bo znowu Tede jest na wyżynach gdy nawija o butach butach butach ciuchach ciuchach ciuchach i tak jest z TA SZAFA, gdzie łeb sam się buja, a refren bardzo dobry. Te powolne, klimatyczne wypełniacze typu Jacula (zajebisty aranż w bicie), Drajw, Notoryczny Skejt też się zajebiście sprawdzają.
Właściwie jej potencjajł na TIER 1 zabiła - nie zgadniecie - nadmierna długość. Np. taki Hajsman i DWWA20, to mimo innej tematyki, praktycznie jeden i ten sam kawałek. Tak samo ułożony, z takim samym refrenem, bitem, tak samo zarapowany. Po co, ja się pytam? Choć wiem, że tam były dwie Kasablanci jedna krótsza, druga dłuższa, ale to nie mój problem, tylko jego dziwny problem z głową, że on nawet jak podwójnej płyty o dziwo nie wyda, to wyda drugi raz taką samą z kilkoma kawałkami więcej.

No chłop pierdolnięty, jak Boga kocham.
Notes 2 - prawdopodobnie najlepszy dwupłytowy album w historii polskiego hip hopu i jedyny, którego Tede nie skiepścił przez sam fakt, że jest dwupłytowy. Co prawda mogę o czymś nie pamiętać, ale jedyny konkurent jaki mi na ten moment przychodzi do łba do 'Jazz w Wolnych Chwilach' (ale musiałbym odświeżyć, żeby porównać). Czego brakuje do ideału? Wkurwia mnie sitcomowy refren w "Moje życie jest tu" czy "
życie może być piękne OOOOŁ, życie musi być piękne OOOŁ" albo "odrzut" z Glamrap "Do rytmu". Do tego te chujowe skity, w których Tede mówi jaki jest dzień tygodnia i o czym on teraz będzie rapował w kawałku - na chuj to komu? Jeszcze jakby to było na oddzielnym tracku, żeby to można było łatwo przeskipować. Dodatkowo kilka kawałków jest zwyczajnie zbyt przeciętnych na Tier 1.
To wszystko, kochani, następny post to już creme de la creme Tedzi.