Reniferek
Wciągnąłem w dwa dni i o ile trzy pierwsze epizody bliskie ideału, o tyle potem całość się trochę rozmywa. Można było pójść w gęsty thriller o stalkingu i zamknąć to w powiedzmy 6 odcinkach, ale to Netflix, więc trzeba było poruszyć dwadzieścia WAŻNYCH tematów, z LGBT na czele no i jeszcze dać żałującego kuksańca kościołowi, oraz pokazać trochę toksycznej męskości w postaci przerysowanego do granic ojczulka. Serial na tym traci, ale funkcja uświadamiania społecznego spełniona więc chuj tam.
Żeby nie było, to wciąż udana produkcja, ale pierwsze 3 epizody to blisko 9/10, a potem to już jest różnie i całościowo 7/10
Ps. Ten wątek Darriena jest tak niepotrzebny, że masakra. Ten odcinek 4 jest jakby oderwany od całości, to raz, dwa że jeśli chcemy pokazać skąd ten cały syf w głównych bohaterze to można użyć innych środków. I tak, wiem, to prawdziwa historia, ale taka role scenarzysty, żeby pewne fakty sprzedać tak, żeby nie wyglądały one na wklejone na siłę, a tu tak jest.
Ps2.
Najgorszy moment serialu to jak ojciec mówi, "wiesz wychowywałem się w szkole katolickie" i nic więcej mówić nie trzeba. Bo wiecie, jak kościół to nie ma tak, że nie GWAŁCO. Oj, lewacy, lewacy. Pozdro odklejusy.
I kurde, naszła mnie trochę filozoficzna rozkmina wynikająca z powyższej produkcji. Wiadomo, że im ktoś mocniej sięga po kulturę, szczególnie tę z ostatnich lat, to coraz mocniej jest przez nią nakierowywane na większą empatię, szukanie drugiego dna i nie podążanie drogą bycia osobą oceniającą dane jednostki. Ja po sobie widzę, że moja empatia wzrosła mocno i jest zdecydowanie bardziej posunięta niż te 5-7 lat temu. I teraz tak:
W Reniferku mamy relację Donny’ego z Darrienem, którą jeszcze kilka lat temu nazwałbym wprost dawaniem dupy za obietnicę sławy. Można się tu spierać, na ile ono było świadome, a na ile nie, ale całkiem nieświadome nie było na pewno. Dzisiaj mamy to wszystko sprzedane tak, że należy przede wszystkim współczuć i broń boże nie krytykować. A może tu trzeba współczuć i krytykować jednocześnie? Mówimy tu o dorosłym chłopie, a nie 10-letnim dziecku, które nie ma żadnych narzędzi, by z taką sytuacją sobie radzić. Nie macie poczucia, że kiedyś ten świat był zbyt czarno-biały, a dziś na siłę wymyślamy kolejne odcienie szarości, żeby zawsze można było powiedzieć
- „no tak, ale spójrz na jego dzieciństwo/nieudany związek/marzenia/traumę z liceum” I żeby była jasność. Ja rozumiem, że psychika ludzka to kręta droga, ale mam poczucie, że czasem dopisuje się tak na siłę jeszcze kolejne zakręty, żeby stanąć sobie z boku i powiedzieć „to zbyt skomplikowane, bym mógł to ocenić”.
The New Mutants - nie chcę mówić, że zaczyna się intrygująco, bo od początku trochę przynudza, ale jest kameralnie i mrocznie, więc ok, coś nowego, potem jednak wjeżdża jakieś kino klasy B,
Reyes nie mogła uspać jej po cichu, tylko wypaplał wszystko jak w Scooby Doo? + wielki niedźwiedź i smoczek,
no nie pykło, ale dla Taylor-Joy props, 4/10