Po pierwsze te przejścia między piosenkami, wow! Niby featuring Ty Dolla, ale to nie jest playlista, to jest album z prawdziwego zdarzenia. Ustawienie na trackliście poszczególnych numerów zdecydowanie ma swoje wytłumaczenie, widać, że wiele pracy włożono w zaaranżowanie tego. Nie czuć też przeskoku w stylu pomimo tylu gości.
Po drugie goście. Jest ich tylu i tak różnorodnych, że pewnie niektórzy mogli się spodziewać zapychaczy na zwrotkach. Prawie nic takiego nie ma. Masz radiowy pop z Post Malonem, zaraz przechodzisz do basu Thundercata z Kanyem Westem by po chwili wejść w trap z Quavo i Durkiem - nie czuć przy tym przeskoku, jakbyś słuchał innego albumu. Ostatnio dostając na tracklistach Young Thuga wzruszałem ramionami i myślałem, że "kolejny zapychacz", co zresztą było słusznym myśleniem, bo ostatnie featuringi Thuggera są po prostu powtarzalne. Jaka była moja radość, gdy w Life Me Up odświeżonego i wprowadzającego coś nowego do utworu! Takie powinny być gościnki gościa, który w przeszłości lubił kombinować.
Moją ulubioną zwrotą z całego albumu i tak jest Andersona Paaka przy przejściu bitu. Kocham typa, a on ciągle pokazuje, że jest jednym z najbardziej wszechstronnych i utalentowanych muzyków na scenie obecnie.
Kurde, nawet przejście między outro a Ego Death brzmi zajebiście.








