Jak na tak króciutkie (przecież to pięć kawałków, raptem dwanaście minut) wydanie, to tej epce brakuje czegoś więcej poza ślicznym
might bang, might not. Jako ciekawostka - fajna rzecz, a samej Simz na pewno wciąż trzeba mocno się przyglądać, bo - mimo wszystko - po prostu się rozwija, słucha sie jej coraz lepiej (głownie porównujac kapitalne GREY Area z bardzo dobrym Stillness in Wonderland).
@Kubinsky wspominasz, że słucha się tego świetnie bez skipowania - zgodzę się w całości, chociaż imo spora w tym rola właśnie czasu trwania - zarówno płyty, jak i poszczególnych utworów. Nawet jak coś nie pasuje, to w sumie nie ma kiedy przeklikać, bo i ta zaraz się skończy
